Wracam jeszcze raz do kwestii naprawy finansów publicznych, bo wciąż ten właśnie czynnik jest najistotniejszy, i to nie tylko patrząc z perspektywy rynków finansowych.

Trwają rozmowy (dyskusje, negocjacje, targi - różne określenia padają przy opisie obecnych wzajemnych relacji między Sojuszem Lewicy Demokratycznej i Platformą Obywatelską) dotyczące poparcia tzw. planu Hausnera. Teraz lepiej by było właściwie pisać "planu Hausnera po przejściach", bo nie wszystkie proponowane pierwotnie zmiany udało się przeforsować. Inna sprawa, że nie udało się w bardzo specyficzny sposób. Oto bowiem generalnie jeszcze mniej zostanie zrobione teraz, a jeszcze więcej ma być zrobione potem, czyli po wyborach. Ale z tego wszyscy zdają sobie doskonale sprawę. Nie o tym jednak.

Patrząc na to wszystko nasunęły mi się dwa spostrzeżenia. Pierwsze dotyczy kwestii ogólnej. Jeszcze raz czarno na białym widać, jak źle jest wtedy, gdy partia rządząca powstrzymuje się od dokonania reform. Jedyny sensowny moment to zaraz po zwycięstwie wyborczym. Im później, tym gorzej. Nikt nie odmówi Hausnerowi kompetencji. Niektórzy zwracają jedynie uwagę, że w ostatnich latach, tak wynika przynajmniej z jego wypowiedzi, stał się on większym, niż kiedyś orędownikiem rozwiązań ułatwiających działalność gospodarczą, wspierających wolny rynek. Niestety, i to widać jak na dłoni, za Hausnerem nie stoi zwarta grupa gotowych go popierać członków SLD. A im bliżej nowych wyborów, tym trudniej o poparcie. Niektóre pomysły nie spotkają się z akceptacją znacznej części społeczeństwa. Pozytywne efekty zmian przyjdą dopiero za dwa, trzy lata.

Druga sprawa to ostania propozycja PO. "Poprzemy plan rządowy, ale w zamian za, między innymi, nasz plan zmian w podatkach". Można dyskutować, czy koncepcja 3 x 15 jest sensowna, czy też nie. Są tu różne teorie. Niektórzy obawiają się np. podwyżek VAT. W wielu krajach, jak choćby na Słowacji, dochodzenie do jednej stawki było podzielonym na etapy procesem. Nie do końca też można się zgodzić z tezą, że propozycja PO jest neutralna dla budżetu. Owszem, w perspektywie dwóch lat na pewno, potem może nawet prowadzić do wzrostu dochodów. Na początku jednak, a więc w pierwszym i w drugim roku, może oznaczać dodatkowy deficyt. VAT rośnie, ale spada CIT i PIT, przy tym trzeba będzie przecież pozostawić nabyte prawa do różnego rodzaju ulg i odliczeń. Inna sprawa, że, moim zdaniem, przyrost deficytu nie będzie duży, zmniejszy się bowiem relatywnie szara strefa. Ale w kontekście propozycji PO widać wyraźnie coś innego. Oto bowiem w ostatnich miesiącach wszyscy skoncentrowali się na cięciach wydatków. Oczywiście, trzeba ich dokonać, nie należy jednak zapominać o drugiej stronie budżetu, a więc o stronie dochodowej i o tym, że nie panuje tu, delikatnie rzecz ujmując, porządek. Plan Hausnera nie jest, jak wiadomo, planem całościowym. Wciąż nie mamy, na przykład, sensownej koncepcji zmian podatkowych. Nasz system jest skomplikowany i nieprzejrzysty. A to oznacza niepotrzebną biurokrację i zwiększające się pole do nadużyć. Niestety, nowe projekty ustaw o VAT i podatku akcyzowym trudno uznać za perfekcyjne. Przynajmniej w takim kształcie, o jakim w tej chwili wiemy. Partie opozycyjne mają świadomość, że jeśli wygrają wybory, to przyjdzie im dokonywać najtrudniejszych zmian po stronie wydatków budżetu. Do tego zmusza je obecna koncepcja rządowa. To niech przynajmniej rząd zrobi jeszcze choć trochę po stronie dochodowej. Choćby poważną reformę podatkową. Tym bardziej że z naszym systemem nie wyglądamy zbyt zachęcająco w porównaniu z naszymi sąsiadami. Na zmiany jesteśmy więc skazani.Kilkanaście lat temu to my byliśmy pionierem zmian, to nas naśladowały Czechy, Węgry, Łotwa, Litwa, Słowacja itd. A dzisiaj? Pod wieloma względami jesteśmy w tyle. Także dlatego, że inne państwa Europy Środkowowschodniej wprowadzały w życie koncepcje, które rodziły się w Polsce, ale których u nas nie udało się wprowadzić. Nie dziwmy się więc, że firmy zagraniczne wybierają np. Słowację. Pora to zmienić.