"Plan Hausnera" zawiera, oczywiście, postanowienia o oszczędnościach w administracji. Styl tych propozycji przypomina nieco czasy gomułkowskie: ograniczanie liczby stanowisk kierowniczych, zmniejszanie liczby samochodów służbowych itp. Obawiam się, że skończy się na gadaniu.
Tymczasem problem jest całkiem poważny i dotyczy nie tylko (a pewnie i nie najbardziej) administracji rządowej. To wielki problem administracji samorządowej i dużej grupy tzw. naczelnych organów państwa (poza Sejmem, Senatem, prezydentem, jest to obecnie także np. Trybunał Konstytucyjny i szereg innych instytucji, które same dla siebie sporządzają budżety). Ekspansja wydatków całego tego biurokratycznego kompleksu jest od 1990 roku ogromna i niepowstrzymana.
Kiedy przyszedłem do Sejmu w 1989 r., Kancelaria (razem z Biurem Rzecznika Praw Obywatelskich) zatrudniała poniżej 500 osób. Gdy odchodziłem w 1997 r., Kancelaria Sejmu (bez Biura Rzecznika) liczyła blisko 1500 osób. Urzędnikom Kancelarii coraz trudniej było wykombinować, na co jeszcze można wydać pieniądze.
Oczywiście, bardziej jeszcze rozdęta jest Kancelaria Prezydenta. Koszty przypadające na rozpatrzenie przeciętnej sprawy przez Trybunał Konstytucyjny są ogromne. Rząd nie pozostaje w tyle. W gmachu przy Al. Ujazdowskich byłem parę razy (na negocjacjach) w latach 1980-1981 i od czasu do czasu bywam obecnie. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gospodarze tego gmachu publicznego grosza nie skąpią. Ale przecież wystarczy zajrzeć do gmachów "samorządowców" (podobno szczególnie gospodarnych), by nie mieć wątpliwości, że nie dadzą się rządowi w rozrzutności prześcignąć. Cenią też dobre samochody. W pewnym (nie odległym) okresie uczęszczałem na niedzielne radiowe dyskusje z prezydentem Warszawy, Piskorskim. To młody człowiek, a przecież zawsze kierowca przywoził go luksusowym samochodem na koszt podatników. Piskorski reprezentuje, oczywiście, partię, która domaga się zasadniczego zmniejszenia podatków.
W wyścigu do prestiżu uczestniczą też inne instytucje publiczne - np. radio. Ta instytucja ustawicznie utyskuje, że ludzie nie płacą abonamentu, ale wystarczy zobaczyć fasadę gmachu na Łazienkowskiej albo sportowe alfa romeo któregoś z prezesów (nie wspominając o ich apanażach), by nie mieć wątpliwości, że gardzą wszelką myślą o oszczędzaniu publicznych przecież pieniędzy.