Reklama

Ostentacja klasy politycznej

Komunizm to była gigantyczna biurokracja, ale nie ma co ukrywać, że w kapitalizmie rekord udało nam się poprawić

Publikacja: 12.02.2004 08:58

"Plan Hausnera" zawiera, oczywiście, postanowienia o oszczędnościach w administracji. Styl tych propozycji przypomina nieco czasy gomułkowskie: ograniczanie liczby stanowisk kierowniczych, zmniejszanie liczby samochodów służbowych itp. Obawiam się, że skończy się na gadaniu.

Tymczasem problem jest całkiem poważny i dotyczy nie tylko (a pewnie i nie najbardziej) administracji rządowej. To wielki problem administracji samorządowej i dużej grupy tzw. naczelnych organów państwa (poza Sejmem, Senatem, prezydentem, jest to obecnie także np. Trybunał Konstytucyjny i szereg innych instytucji, które same dla siebie sporządzają budżety). Ekspansja wydatków całego tego biurokratycznego kompleksu jest od 1990 roku ogromna i niepowstrzymana.

Kiedy przyszedłem do Sejmu w 1989 r., Kancelaria (razem z Biurem Rzecznika Praw Obywatelskich) zatrudniała poniżej 500 osób. Gdy odchodziłem w 1997 r., Kancelaria Sejmu (bez Biura Rzecznika) liczyła blisko 1500 osób. Urzędnikom Kancelarii coraz trudniej było wykombinować, na co jeszcze można wydać pieniądze.

Oczywiście, bardziej jeszcze rozdęta jest Kancelaria Prezydenta. Koszty przypadające na rozpatrzenie przeciętnej sprawy przez Trybunał Konstytucyjny są ogromne. Rząd nie pozostaje w tyle. W gmachu przy Al. Ujazdowskich byłem parę razy (na negocjacjach) w latach 1980-1981 i od czasu do czasu bywam obecnie. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gospodarze tego gmachu publicznego grosza nie skąpią. Ale przecież wystarczy zajrzeć do gmachów "samorządowców" (podobno szczególnie gospodarnych), by nie mieć wątpliwości, że nie dadzą się rządowi w rozrzutności prześcignąć. Cenią też dobre samochody. W pewnym (nie odległym) okresie uczęszczałem na niedzielne radiowe dyskusje z prezydentem Warszawy, Piskorskim. To młody człowiek, a przecież zawsze kierowca przywoził go luksusowym samochodem na koszt podatników. Piskorski reprezentuje, oczywiście, partię, która domaga się zasadniczego zmniejszenia podatków.

W wyścigu do prestiżu uczestniczą też inne instytucje publiczne - np. radio. Ta instytucja ustawicznie utyskuje, że ludzie nie płacą abonamentu, ale wystarczy zobaczyć fasadę gmachu na Łazienkowskiej albo sportowe alfa romeo któregoś z prezesów (nie wspominając o ich apanażach), by nie mieć wątpliwości, że gardzą wszelką myślą o oszczędzaniu publicznych przecież pieniędzy.

Reklama
Reklama

Ale bądźmy sprawiedliwi: w wyścigu wydawania pieniędzy na swoje apanaże, luksusowe gabinety, największe samochody i gadżety uczestniczą też menedżerowie prywatnych firm. Nie robią tego wprawdzie na koszt podatników, ale robią to na koszt właścicieli (a w jakiejś mierze także na koszt klientów).

Komunizm to była gigantyczna biurokracja, ale nie ma co ukrywać, że w kapitalizmie rekord udało nam się poprawić. To po części wymóg rynkowej gospodarki i demokracji, ale to przede wszystkim patologia.

Rozpasanie aparatu władzy wcale nie jest tak powszechne, jak nas przekonują ludzie władzy. Pamiętam, gdy z delegacją Sejmu byłem w Izraelu. Polecieliśmy "pod kierunkiem" J. Oleksego (ówczesnego marszałka) rządowym Tu 154. Na pokładzie, oprócz kilkuosobowej delegacji (oraz dość licznego personelu), było około setki "biznesmenów", którzy na koszt swoich firm lecieli w istocie na wycieczkę. Wyjazd trwał chyba tydzień, a samolot czekał na lotnisku w Tel Awiwie (załoga w hotelach). Koszty musiały być gigantyczne. Kontrastowała z tym skromność "wyposażenia" izraelskiej władzy. Gabinet przewodniczącego Knesetu zmieściłby się na zapleczu u Borowskiego (o standardzie nie wspominam). Premier (wówczas Rabin) przyjmował nas w gabinecie na pewno skromniejszym niż sekretariat polskiego premiera. Siedziba izraelskiego prezydenta na tle Pałacu Namiestnikowskiego A. Kwaśniewskiego wygląda po prostu jak oficyna administracyjna.

Oczywiście, Izrael to niewielki kraj, ale przynajmniej w niektórych potężnych krajach (np. w Niemczech czy w Japonii) obowiązuje podobny standard. Nie ma żadnych powodów, by w Polsce było inaczej. A właściwie jest jeden powód: ostentacja przeważającej części polskiej klasy politycznej, której wyborcy poskromić na razie nie potrafią.

Oszczędności mogą być potencjalnie wielkie. Hausner twierdzi, że ich szuka. Zakładam, że tak jest rzeczywiście i spróbuję w następnych felietonach pokazać co i jak można zrobić praktycznie.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama