Wielka polityka - szczególnie gospodarcza - najbardziej wpływa na nasze codzienne życie, ale przecież także na "niższej półce" zapadają decyzje, które mogą być dla zwykłych ludzi przychylne albo mogą im też tęgo dopiec. Nieraz zgoła trudno pojąć, dlaczego przyjmuje się rozwiązania tak idiotyczne.
W sporze obecnego prezydenta Warszawy z jego dwoma poprzednikami (Kozakiem i Piskorskim) jestem całkiem po stronie tego pierwszego, bo nie mam cienia wątpliwości, że "układ warszawski" to nie jest - niestety - byt wirtualny. Z sympatią patrzyłem też na zmagania L. Kaczyńskiego z Waparkiem, ale w tej właśnie sprawie, Kaczyński odniósł sukces ograniczony, który warszawiaków (i podwarszawiaków - jak niżej podpisany) usatysfakcjonować nie może. Tymczasem sposób, w jaki ekipy poprzednie (najpierw koalicja UW/SLD, a potem PO/SLD) rozwiązywały prozaiczny problem parkowania samochodów jest klinicznym przykładem, jak władza z "niższej półki" może dopiec obywatelom.
W Warszawie zaczęło się od bezsensownego stawiania wszędzie, gdzie się tylko dało, słupków. Owszem, były one gdzie, niegdzie potrzebne, ale postawiono ich wielokrotnie więcej, kasując przy tej okazji wiele miejsc do parkowania. W niektórych rejonach (ul. Marszałkowska) warszawscy urzędnicy (ich liczba przyprawia o zawrót głowy) poszli dalej - przed ustawieniem setek słupków tak przebudowywali ulice, że likwidowało to 3/4 miejsc do parkowania i niewątpliwie związane było z gigantycznymi kosztami. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że rozmiary tej działalności były zdeterminowane przez podaż (i zyski dostawców), a nie racjonalnie określony popyt. Przyznam, podejrzewałem nawet, że może istnieć jakiś związek między tą aktywnością, a aktywnością "układu warszawskiego". W każdym razie, gdyby tę hipotezę odrzucić, to trzeba by przyjąć, że ratusz zaludnili złośliwcy bezinteresownie utrudniający życie warszawiakom.
Kiedy pojawiły się postulaty wprowadzenia płatnego parkowania, sądziłem naiwnie, że będzie to polegać na tym, iż pojawią się parkingowi w odpowiednich czapkach, którzy nie tylko będą kasować od kierowców opłaty, ale też będą mieli baczenie na samochody, będą je ustawiać tak, by się ich zmieściło możliwie wiele, odgarną śnieg itp. Zakładałem, że miasto w drodze przetargu będzie dzierżawić osobom fizycznym określone porcje miejsc i określi maksymalne ceny, a parkingowi będą konkurować o klientów (np. dając upusty tym, którzy parkują na stałe). Przyjmowałem, że w tym systemie każdy będzie płacił dokładnie za czas wykorzystany i nie będzie nerwowo uganiał się za monetami. Zrobiłem rachunek, przyjmując, że jeden parkingowy obsługuje średnio 80 miejsc i ma w godzinach od 8.00 do 18.00 wypełnienie 70% oraz pobiera za godzinę 2 zł. Wyszło mi, że utarguje... sporo ponad 25 000 zł miesięcznie bez konieczności ponoszenia jakichkolwiek kosztów. Tę robotę chciałoby na pewno (przecież nawet w Warszawie jest bezrobocie) wykonywać z pocałowaniem ręki wiele osób, powiedzmy za 3000 zł brutto miesięcznie. Miasto miałoby ogromne dochody, a kierowcy prawdziwy komfort.
Ale nie, wprowadzono parkomaty. Miasto uzyskało dochody śladowe, a kierowców zaczęli prześladować najpierw strażnicy miejscy, a potem funkcjonariusze Waparku. Oto moje prywatne doświadczenia: kilka razy zapłaciłem karę, mimo że w sumie więcej płacę niż parkuję (często odjeżdżam przed czasem, za który zapłaciłem, ale zdarza się, że się spóźniam i wtedy łapsy piszą mandat), dwa lub trzy razy zakuli mi samochód (raz był w pełni opłacony, ale spadła karteczka - reklamacja nie została uwzględniona) i zawaliłem ważne spotkania. Dwukrotnie ścigano mnie po upływie wielu miesięcy, choć nigdy nie znalazłem kwitka z karą - oni mają z urzędu rację.