Na większości światowych giełd w tabelach notowań przeważał wczoraj kolor zielony. Atak popytu rozpoczął się od Tokio, gdzie zapomniany trochę ostatnio Nikkei 225 zyskał ponad 2%. Zanotowane na zamknięcie sesji 11 271 pkt to najwyższa wartość od czerwca 2002 roku. Oznacza to, że trwająca ponad pięć miesięcy konsolidacja zakończyła się po myśli kupujących. Wybicie w górę z odwróconej głowy z ramionami pozwala oczekiwać, że w najbliższym czasie indeks osiągnie 12,5 tys. pkt.
Ten optymistyczny scenariusz może zakłócić tylko gwałtowne załamanie koniunktury na innych znaczących rynkach akcji. To nie jest znów takie nieprawdopodobne. Nasdaq Composite wciąż nie jest w stanie znacząco oddalić się od wsparcia w okolicach 2 tys. pkt. Spadek wykresu indeksu poniżej szczytów z końca zeszłego roku doda sprzedającym sił - w takim wypadku na rynku technologicznym rozpocznie się nowa fala wyprzedaży. Niepokojące sygnały trudno odczytać z wykresu S&P 500, który utrzymuje się w trendzie bocznym, w bardzo niewielkiej odległości od 52-tygodniowego maksimum. Jeśli tak jak mówi analiza techniczna, konsolidacja stanowi z reguły przerwę w dotychczasowym trendzie, to już niedługo szczyt na 1157 pkt powinien zostać przekroczony.
Spośród najważniejszych europejskich indeksów większość "wybiera" korektę w stylu S&P 500, bądź też naśladuje trend wzrostowy tego indeksu z końca zeszłego roku. Jedynie niemieckiemu DAX bliżej jest do Nasdaq. Wprawdzie po wczorajszym wzroście możemy zapomnieć o podwójnym szczycie, ale powrót do trendu wzrostowego wciąż jeszcze jest wątpliwy.
Mimo że do trendów wzrostowych wydają się wracać rynki latynoamerykańskie (argentyński Merval zyskał 20% w dwa tygodnie) to i giełd środkowoeuropejskich inwestorzy nie pomijają. Po dwóch ostatnich sesjach pole do kontynuującego rekordową serię węgierskiego BUX-a przestał tracić WIG20. Wobec tracącej na wartości złotówki wydaje się jednak, że hossę w Warszawie napędza krajowy kapitał.