Ostatnio pisałem o ekstremalnie dużych wpłatach nowych środków do amerykańskich funduszy akcji i rekordowo niskiej wartości gotówki jako procent aktywów. Poziomy porównywalne tylko z tymi sprzed początku bessy. Nasze rodzime fundusze emerytalne też poszły tym śladem. W lutym udział akcji wzrósł ze styczniowego 31,9% do 32,4%. Co prawda nie jest to zasługą zakupów akcji ze strony OFE, a jedynie wypadkowa giełdowych wzrostów.
Nie zmienia to jednak faktu, że przy biernej postawie "emerytów" zagranica nie może dalej fundować im premii i trwalsze wzrosty są mało prawdopodobne bez udziału wszystkich grup inwestorów. A przy tak wysokim zaangażowaniu w akcje wydaje się to niemal nierealne. Pomijając nawet ustawowe limity zaangażowania (40%), do tej pory OFE zawsze przeprowadzały - jak mawia mój znajomy - wzorową defraudację, mając pełne portfele właśnie na szczytach, a z kolei niskie zaangażowanie akcji tuż przed każdą falą wzrostową. Absolutnie nie wynikało to tylko z wpływu zmian cen na strukturę portfeli.
Dla przykładu rekordowe 33,01% mieliśmy w lutym 2000 r., by później kolejny rekord 22,47% osiągnąć na wrześniowym (2001 r.) dołku. Nie wchodząc w szczegóły, przekroczenie 31% zwiastowało kłopoty, podobnie jak spadek zaangażowania w akcje poniżej 25% (najlepiej z likwidacją portfela zagranicznych akcji przez jeden z największych funduszy - dokładnie rok temu) sugerował nową falę wzrostową. Wnioski niby banalne. Po zakręceniu kurka pieniędzy przez zagranicę grającą pod UE hossa skończy się dramatycznie. Oczywiście zawsze można zakładać, że analogia do ostatnich lat zaangażowania funduszy przestanie się sprawdzać. To jednak byłaby już bycza desperacja większa nawet niż nadmuchiwanie małych spółek celem poprawy wyceny jednostek.