Jak wiadomo, człowiek czasem lubi coś obalić. Mnie właśnie ochota naszła na obalenie pewnego mitu. Otóż wszyscy dookoła głośno krzyczą, że bezrobocie to rzecz straszna. I pewnie niewielu czytelników będzie chciało uznać bezrobocie za coś naprawdę wspaniałego. Ale - jak to często bywa - większość nie ma racji.
Tymczasem mnóstwo osób w tym kraju z bezrobocia żyje. Ot, na przykład, w Ministerstwie Pracy, gdzie całe tłumy urzędników zajmują się bezrobociem. Tak, właśnie bezrobociem. Dzięki nim w dużej mierze bezrobocie rośnie i ma się dobrze, a praca czy zatrudnienie - coraz gorzej. Jeśli ktoś myśli, że oczerniam wspaniałych pracowników resortu, którzy noce i dnie trawią na wymyślaniu kolejnych sposobów na wyciągnięcie ludzi z bezrobocia, myli się. Wprost przeciwnie - składam hołd ich skuteczności. Gdyby bowiem przyjąć, że ich celem jest ograniczenie bezrobocia, to oznaczałoby, że albo nie wykonują swoich obowiązków, albo są "inteligentni inaczej", albo nie umieją niczego zrobić dobrze, albo wręcz sabotują wysiłki swoich zwierzchników. Bo przecież pracują ciężko, a bezrobocie jest coraz wyższe. Tymczasem bezrobocie rośnie, bo urzędnicy w resorcie są świetnymi specjalistami od powiększania liczby ludzi bez pracy. Poza tym, gdyby nie było bezrobocia, nie byłoby sensu zatrudniać ludzi, którzy się nim zajmują. Wtedy trzeba by ich zwolnić, czyli wysłać na bezrobocie. A przecież nikt nie jest na tyle głupi, żeby samemu wyrzucić się z pracy.
No, ale to nic - przecież lista osób, żyjących z procentów bezrobotnych, nie kończy się na urzędnikach resortu pracy. Ot, przy resorcie pracy jest coś, co się nazywa Naczelną Radą Zatrudnienia. Wiedzą Państwo, czym się zajmuje? Nie? Ja też nie, ale jest i nikomu nie wadzi. Możliwe, że jej członkowie pracują społecznie, ale to błąd w sztuce. Gdyby przeszli na etaty w resorcie, to w ich macierzystych instytucjach zwolniłyby się miejsca pracy, można byłoby przyjąć nowych ludzi i zatrudnienie by wzrosło. A mamy jeszcze centra zatrudnienia, urzędy pracy, fundusze pracy i mnóstwo różnych instytucji, które istnieją dzięki bezrobociu i dzięki niemu dostają pieniądze z budżetu.
Czasem aż sam się zastanawiam, czy nie zająć się walką z bezrobociem. W końcu wielkich kwalifikacji to nie wymaga, bo to, co wymyślają urzędnicy od bezrobocia w ramach walki, każdy głupi by potrafił. Wiadomo, że ludziom doskwierają wysokie składki na ZUS, więc zaczynającym pracę - czy to przedsiębiorcom, czy też tzw. sile najemnej - trzeba ulżyć, obniżając wysokość tej daniny. A że nie ma pieniędzy, to komuś - innym pracownikom czy przedsiębiorcom - trzeba zabrać więcej. Pewnie, że młodszych zatrudnią, starszych zwolnią czy też starsi zamkną interes - ale walka jest. Teraz trzeba wprawdzie bezrobotnych aktywizować, ale to też może być przyjemne. Siedzi się w ciepłym biurze, pije się kawkę, bezrobotni do zaktywizowania ustawiają się w karną kolejkę przed drzwiami. Pogadać można, ponarzekać, a jak się trafi jakaś miła dla oka pani, to się jeszcze można z nią po pracy umówić i na przykład aktywizować w ramach nadgodzin.
Dlatego nie ma sensu słuchać tych, którzy chcą specjalistów od bezrobocia pozwalniać i zostawić bieg spraw samym sobie - czyli przedsiębiorcom i pracownikom. Tych, którzy tłumaczą, że nie ma sensu walka z bezrobociem, przynosząca skutki odwrotne od zamierzonych. Tych, którzy argumentują, że bezrobocie było, jest i będzie, ale dzięki takim zwolnieniom będzie ono TAŃSZE. W końcu nie samą pracą człowiek żyje. Wielu ludzi w naszym kraju żyje bezrobociem. I sobie chwali.