U progu nowego tygodnia warto spojrzeć na szerszy obraz rynku. Patrząc przez pryzmat wykresu tygodniowego nie jest on jednoznaczny. Na pozór ostatni korpus obejmuje całym swym zakresem poprzednika i formalnie powinniśmy mówić o objęciu bessy. Uwzględniając jednak kształt tych świec należy je sklasyfikować jako dwie następujące po sobie szpulki. Przed sesją mieliśmy zatem do czynienia z rynkiem, który od 2 tygodni był niezwykle silne podzielony, a opinie inwestorów znacząco spolaryzowane. Powodem takiej sytyacji były z jednej strony silne opory w strefie 1800-1870 pkt, pamiętające jeszcze czasy "internetowej gorączki", z drugiej zaś bardzo "świeże" wsparcia na 1730 pkt, powiązane z wrześniowym szczytem oraz dwoma doji z lutego (wykres tygodniowy).

Sesja poniedziałkowa pokazać miała, czy czwartkowy zwrot był zalążkiem porannej gwiazdy, broniącej 3,5-miesięcznej tendencji wzrostowej, czy też "łabędzim śpiewem" hossy. Pojawiało się ponadto pytanie, który z powyższych poziomów zostanie pokonany w dalszej perspektywie? Tydzień temu, kiedy indeks ustanawiał nowe maksima, każdy postawiłby spore pieniądze na byczy wariant rozwoju wypadków. Po tym jednak jak indeks naruszył wsparcie na 1750 pkt i na niewielkich obrotach powrócił w piątek ponad ten poziom, grono pewnych siebie graczy z pewnością stopniało.

Niestety, stosunkowo wysokie otwarcie to wszystko na co stać było popyt w poniedziałek. Potem było już tylko gorzej. Nie udało się utrzymać cen ponad poziomem 1750 pkt - na drodze stanęła najszybsza średnia: EMA-13, a co gorsza zamknięcie wypadło poniżej czwartkowego minimum sesyjnego.

Taki przebieg sesji tylko pogorszył i tak już nie najlepiej prezentujący się obraz oscylatorów. Ostatnia deska ratunku dla średnioterminowej tendencji, jeszcze obecnej w segmencie największych firm, leży teraz pomiędzy 1702-1708 pkt, gdzie wypada luka hossy oraz przebiega dolne ograniczenie kilkumiesięcznego kanału.