Giełdy papierów wartościowych często nazywa się barometrem gospodarki. Na podstawie zmian kursów akcji analitycy próbują wyrobić sobie zdanie na temat przyszłej koniunktury gospodarczej, zakładając, że inwestorzy podejmując decyzje kierują się swoimi przewidywaniami przyszłości. Warto spojrzeć na wykres jednego z najpopularniejszych indeksów, opisującego kondycję amerykańskiego parkietu właśnie w takim kontekście.
Trwający od roku wzrost notowań jest napędzany nadziejami na to, że trudności gospodarcze ostatecznie odeszły w zapomnienie. Rynki wierzą, że pozytywne procesy ekonomiczne znajdą odbicie w trwałym wzroście kursów akcji, a obecna sytuacja przypomina poprzednie "porecesyjne" okresy z lat 1974-1976, 1982-1984 oraz 1990-1992. Rzeczywiście, w rok od ustanowienia przez S&P 500 dołka, indeks jest prawie dokładnie w tym samym miejscu, w jakim znajdował się po poprzednich recesjach (przy uwzględnieniu średniej zmiany). Zauważmy równocześnie, że przeciętnie licząc S&P 500 stopniowo zwyżkował mniej więcej do 330 sesji od osiągnięcia recesyjnego minimum. Kierując się wzorcem z przeszłości pozostawiałoby to jeszcze około 70 sesji na kontynuację zwyżki, mniej więcej do poziomu 55% wyższego od dołka. W obecnym przypadku oznaczałoby to dotarcie S&P 500 do 1240 pkt - 11% powyżej aktualnej wartości. Po takim wzroście następowała długotrwała stabilizacja cen.
Trudno dziś jednoznacznie wykluczyć taki scenariusz. Jednak wygenerowane ostatnio przez amerykańskie indeksy silne sygnały sprzedaży stworzyły sporo wątpliwości wokół niego. Zauważmy, że ewentualna kontynuacja zniżki będzie oddalać rynek od wzorca z przeszłości. Takie zachowanie będzie miało znaczenie dwojakiego rodzaju. Otrzymamy potwierdzenie uzyskiwania przez sprzedających coraz wyraźniejszej przewagi. Jednocześnie, staną się uzasadnione przypuszczenia, że kłopoty ekonomiczne Stanów Zjednoczonych niekoniecznie odeszły w zapomnienie. Skoro rynki akcji dyskontują przyszłość, to za spadkiem wartości indeksów powinno przyjść pogorszenie koniunktury gospodarczej.
Z punktu widzenia przyszłych notowań na giełdach w USA istotne są wyceny tamtejszych papierów. Według danych Citigroup, wskaźnik C/Z dla spółek z indeksu S&P 500 wyniesie 18,1 na koniec tego roku. Analitycy tego banku inwestycyjnego założyli wzrost zysków giełdowych przedsiębiorstw o 13,5%, wobec 15,8% w 2004 r. Na wiosnę 2000 r. C/Z wynosił 29,4. Uwzględniając korzystny dla giełdy wpływ spadających stóp procentowych, trzeba przyznać, że po czterech latach od początku bessy, niewiele się udało upuścić powietrza z nadmuchanego w końcu lat 90. spekulacyjnego balonu. Dla porównania, specjaliści Citigroup szacują, że C/Z dla europejskich akcji będzie na koniec tego roku wynosił 14,5, dla brytyjskich 13,4, dla japońskich zaś 19,4.
Zmiany S&P 500 od ustanowienia recesyjnych dołków