- Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej nie jest faktem incydentalnym, lecz częścią strategii rządu. To sygnał, że przedsiębiorca jest sojusznikiem, a nie przeciwnikiem w walce o środki dla budżetu - reklamował prawie pół roku temu nowe propozycje rządowe premier Miller. Szef rządu nie ukrywał, że w trakcie ministerialnych prac nad projektem trzeba było przełamywać opór części administracji, która nie chciała się pogodzić z utratą swoich dotychczasowych uprawnień.
Nadchodzi
urzędowa rewolucja
W myśl propozycji, władza urzędników miała być ograniczona na korzyść swobody przedsiębiorców. Nic więc dziwnego, że propozycje były w dużej mierze tym, czego oczekiwały środowiska gospodarcze. A projekt zakładał m.in. uproszczenie procedur związanych z zakładaniem firmy. Formalności rejestracyjne miały się ograniczyć do jednej wizyty w urzędzie gminy lub dzielnicy. Ponadto w projekcie zakładano ograniczenie koncesjonowania, a także radykalne zmniejszenie częstotliwości kontrolowania działalności gospodarczej. Ustawa przewidywała, że inspekcja u przedsiębiorcy może trwać maksymalnie do ośmiu tygodni. Efektem zmian, nazywanych przez niektóre media rewolucyjnymi, miało być znaczne obniżenie kosztów ponoszonych teraz przez przedsiębiorców.
- Proponowane rozwiązania były wielokrotnie konsultowane z organizacjami przedsiębiorców i choć nie wszystkie ich postulaty zostały uwzględnione, to niezbędne jest pilne uchwalenie tej ustawy - komentował wówczas Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich. Jego organizacja zdecydowanie i mocno poparła jak najszybsze uchwalenie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej.