Nie było wczoraj kontynuacji wtorkowego wzrostu. Po początkowej zwyżce WIG20 stracił na wartości i zamknął sesję 0,1-proc. stratą, na 1731,9 pkt. Sytuacja nie ulega zmianie - od 8 marca korygujemy długoterminowy trend wzrostowy.

Na rynku dominuje ostatnio pogląd, że warszawską giełdą rządzą inwestorzy zagraniczni. Podobno "zagranica" łaskawszym okiem patrzy także na nasze obligacje. To wszystko dzieje się przy biernej postawie OFE (portfele pełne akcji) i funduszy inwestycyjnych (gotówka nie płynie już tak szybko). Nie wiem, czy przesłanki, na podstawie których wnioski takie zostały wyciągnięte, nie są zbyt kruche. WIG20, najważniejszy z punktu widzenia inwestorów zagranicznych indeks, zachowuje się lepiej od swoich zagranicznych odpowiedników dopiero od końca lutego. Mieliśmy w tym czasie jedną falkę wzrostową ("dwudniówka" pod koniec zeszłego miesiąca), po czym rozpoczęliśmy osuwanie się. Zatem w ostatnim czasie działania graczy zagranicznych ograniczają się jedynie do hamowania spadków. Na rynku obligacji nie byli w stanie doprowadzić do wybicia z trendów bocznych. Nawet jeśli są w Polsce obecni, to poziom ich aktywności jest niewielki.

Trudno też przypuszczać, że kapitał ten miał zagościć u nas na dłużej. Jednym z najważniejszych (fundamentalnych) motywów, dla którego inwestorzy kupują polskie papiery wartościowe, jest wysokie tempo wzrostu gospodarczego i coraz bliższa akcesja w Unii Europejskiej. Tymczasem głównym czynnikiem zagrażającym wzrostowi jest rosnąca dziura w finansach publicznych. Wraz z malejącym poparciem dla SLD szanse, że wejdzie w życie plan Hausnera, który miał nas uchronić przed katastrofą, spadają. Coraz częściej słychać głosy, że premier Miller przetrwa tylko do czasu wstąpienia do UE. Przedterminowe wybory są coraz bardziej prawdopodobne. Im bardziej oddala się moment ich rozpisania, tym większe są szanse, że do władzy dojdzie Samoobrona. Jeśli tak się stanie, to na naszej giełdzie przez jakiś czas nie zobaczymy żadnego inwestora zagranicznego.