Od początku roku kontrakty rysują klin zwyżkujący uznawany za formację odwrotu i każdy nowy szczyt w tej fali wzrostowej wyznaczany jest bardzo podobnie. Występował zawsze w pierwszej połowie miesiąca i nie został poprawiony wcześniej jak w kolejnym miesiącu. Poprzedzić go także musiała dość głęboka korekta. Na początku roku wierzchołek wypada 8 stycznia, kolejny, po 143 pkt korekty, 13 lutego. Po nim znów mamy 126-pkt spadek na koniec miesiąca. Kolejna wspinaczka zrobiła górkę 8 marca i karą za to było tylko 112 pkt spadku. Widać więc dość niekorzystną obecnie (8 kwietnia) dla byków cykliczność.
Skąd więc u mnie oczekiwanie jeszcze na poprawienie szczytów i wyciśnięcie niedźwiedzi zanim zrobimy zwrot? Także z podobnej analogii. Przede wszystkim ustanowieniu szczytu towarzyszył bardzo wysoki optymizm na kontraktach. W styczniu wyrażany rekordową bazą, w lutym euforycznym otwarciem przed rynkiem kasowym, a w marcu kończenie notowań na sesyjnych maksach. Wprawdzie euforyczne otwarcie mieliśmy też 6 kwietnia, ale przed uznawaniem tego za szczyt powstrzymuje jeszcze jeden argument.
Zarówno w lutym (10/02), jak i w marcu (01/03) przebicie wierzchołka z poprzedniego miesiąca, czyli szczytu całej fali wzrostowej, wywoływało na kilka sesji realizację zysków, po czym dopiero kolejna, ostatnia minifala wzrostowa, z dużym impetem podnosiła kontrakty na wspomniane wyżej szczyty. Tego teraz brakuje. Oczywiście, na koniec pozostaje trudne pytanie, czy skoro coraz więcej osób zacznie dostrzegać tę cykliczność szczytów, czy mamy szansę na ostatni wzrost? Równie tradycyjnie odpowiem, że gdy wszyscy w to uwierzą, to albo go wcale nie będzie, albo przekroczy nasze oczekiwania (opór przy górnym ograniczeniu klina).