Na otwarcie kontrakty straciły 13 pkt, co w żaden sposób ich nie wyróżniało. DAX tracił wtedy - 1%, BUX - 0,36%. Paradoksalnie te pierwsze tiki węgierskiego indeksu tuż przy szczytach okazały się jednak przekleństwem wczorajszych notowań. Indeks w Budapeszcie ruszył bowiem do silnej wyprzedaży, co przed otwarciem handlu akcjami na GPW, wraz z przeceną w USA dzień wcześniej, stworzyło wybuchową mieszankę.
WIG20 zaczął fatalnie - spadkiem o 19 pkt - a to po takiej "silnej" sesji jak wtorkowa pokazało bardzo kruche podstawy wzrostu. Szansa na odrobienie strat była co prawda jeszcze w pierwszym kwadransie, ale gdy nikt nie łapał dołka i nie rzucił ogromnego popytu na akcje - a do tego rynki zagraniczne pogłębiały tylko spadki - jasne się stało, że nic z odbicia nie będzie. Z początku jeszcze dość spokojnie podaż powodowała powolne osuwanie się indeksu, ale tuż przed południem przecena przyspieszyła, przebijając poranne dołki. To rozwiało wątpliwości, że walka byków toczy się o jak najmniejsze straty.
Po takiej sesji jedyne, co można powiedzieć, to to, że przekreśliła ona szansę na dynamiczne dalsze wzrosty. Podobnie jednak jak wczoraj, nie oznacza to wcale zwrotu i testowania przynajmniej dolnego ograniczenia klina zwyżkującego. Euforii byków ani kapitulacji niedźwiedzi we wtorek nie było, a w środę do nazwania spadku dniem odwrotu zabrakło obrotów, które były dwukrotnie mniejsze od wtorkowych. Sytuacja na razie pozostaje więc mocno niejednoznaczna i jeśli ktoś nie ma pozycji, to powinien wstrzymać się przynajmniej do czasu pokonania przez kontrakty i indeks ostatniego szczytu lub zamknięcia luki hossy z wtorkowej sesji. Wczoraj bliższy byłem tego drugiego scenariusza, ale niskie obroty zmuszają do czekania z boku na wyraźniejszy impuls.