Najlepsze zdanie z giełdowej literatury mówi o tym, że na rynku można zająć nie dwie, ale trzy! pozycje. Pierwsza to oczywiście gra na wzrost, druga na spadek, a trzecia to "brak pozycji". Większość jednak zupełnie nieefektywnie lubi szarpać się z rynkiem każdego dnia. Podobnie też lubi rozszarpać analityka, który zaniecha prognozy kolejnych sesji, lub trendu w następnym roku, w choćby tak krótkim komentarzu jak ten. Zresztą czasami inwestorom nie chodzi nawet o wykorzystanie poglądów autora tekstu, ale tylko o znalezienie alibi dla swojej pozycji lub winnego przyszłych strat. Można więc wyjść z założenia, że nieważne jaka, ważne, by prognoza była. Na pewno przynajmniej 20 532 otwarte pozycje będą usatysfakcjonowane.
Taka presja sprawia, oczywiście, że częste prognozy są znacznie mniej wiarygodne i trafne. Widać to po rekomendacjach i analizach instytucji, nad którymi wisi dodatkowo bat hossy - po pierwsze inwestorzy nie lubią czytać złych wiadomości, bo niewielu gra na spadki - po drugie spółka też nie przepada za negatywnymi ocenami - a po trzecie nieprzewidzenie zwyżek jest ewidentnym błędem, którego nie ma w przypadku spadku "wywołanego" atakiem terrorystycznym, złymi danymi z rynku pracy czy też kreatywną księgowością. Z powyższego wniosek jest dość prosty - najlepsza prognoza to prognoza jasno wskazująca kierunek, a do tego kierunek na północ.
Z kolei najgorsza rekomendacja to zachęta do czekania na wyraźniejszy impuls, co robię już od środowej sesji. Taki wybór to efekt połączenia prognozowanej wcześniej ostatniej fali wzrostowej, z brakiem kapitulacji niedźwiedzi lub innego sygnału euforii, wyrażanego choćby obrotami. Po kolejnych dwóch sesjach konsolidacji zachęta do stania z boku ulec zmianie nie może.