Panta rei. Jeszcze rok temu liczba Polaków uważających, że wstąpienie do Unii Europejskiej przyniesie poprawę sytuacji materialnej była liczniejsza niż grono o przeciwnych poglądach. Od tego czasu sytuacja zmieniła się diametralnie.
Dziś prawie połowa pytanych rodaków przewiduje, że członkostwo w UE będzie dla nich kolejnym czynnikiem zubożenia. Optymistami w tym względzie pozostaje niewiele więcej niż 1/3. Ta zmiana poglądów jest o tyle dziwna, że w czasie ostatnich dwunastu miesięcy trudno dopatrzeć się wydarzenia wystarczająco negatywnego by tak znacząco mogło zmienić postrzeganie indywidualnego bilansu kosztów i korzyści.
Ktoś może zauważyć, że przyczyną jest obecna histeria cenowa. Rzeczywiście, ostatnie czasy przyniosły powrót quasi-PRL-u. Przynajmniej w tym sensie, że doszło do panicznego wykup cukru (a tak przy okazji, ciekawe czy również drożdży), mieszkań i samochodów. Ale czy tak naprawdę jest to coś nowego?
Ulotki przeciwników Unii, rozprowadzane w przededniu referendum, ostrzegały przed wieloma zagrożeniami. Antyunioniści twierdzili, że wejście do Unii sprowadzi na Polskę nieszczęścia, przy których siedem plag egipskich wygląda równie groźnie jak podstarzały królik mojego kolegi. Pamfleciki te ostrzegały między innymi przed wzrostem cen. I to nie jakimś tam "wzrostem", ale skokiem cen wprost do poziomu unijnego. Wziąwszy pod uwagę, że kampania eurosceptyków była lepiej zorganizowana i bardziej powszechna niż oficjalne wysiłki, można przyjąć, że "unijny" wzrost cen już od długiego czasu wpisany był w oczekiwania. Można to założyć niezależnie od tego czy zgadzamy się z argumentacją powyższych perełek literatury bazarowej, czy też nie.
Gdzie więc szukać wyjaśnień tak dużej dozy sceptycyzmu odnośnie dobrodziejstw akcesji? Wydaje się, że przyczyna jest dużo bardziej prozaiczna.