Zacznijmy od przypomnienia tegorocznego schematu na naszym rynku, bo znajdujemy się obecnie w jego bardzo ciekawym punkcie. Chodzi o cykliczność i sposób robienia szczytów, oraz głębokość korekt po nich występujących. Przy szczytach mamy najpierw przebicie ostatniego maksa ustanawianego cyklicznie w pierwszej połowie zeszłego miesiąca, potem kilkudniowa korekta i dopiero kolejna fala robiąca wierzchołek. Tak było w lutym, marcu i teraz niedawno w kwietniu. Po tych wzrostach, a także w styczniu, na rynek przychodziła ponad 100-pkt. dynamiczna korekta. Sytuacja robi się teraz o tyle ciekawa, że patrząc na ten schemat właśnie jesteśmy po ostatniej fazie spadku, zakładając analogiczną głębokość przeceny i termin jej zakończenia. Ponad 100 pkt. od szczytu zaliczone, a tak samo jak górki wypadały w drugim tygodniu miesiąca (8 I, 13 II, 9 III, 13 IV), tak dołki pod sam jego koniec (29 I, 25 II, 22 III, 29 IV?). Gdyby ta prawidłowość została zachowana, to w ciągu najbliższych dwóch tygodni zrobimy nowe szczyty.
Czy tak będzie? Moim zdaniem absolutnie nie, a świadczy o tym kilka argumentów. Oprócz, nazwijmy to fundamentów i polityki, choćby fakt, że po raz pierwszy w ramach tego wzrostu spadki doprowadziły do przebicia linii trendu wzrostowego, która na kontraktach jest dolnym ograniczeniem klina zwyżkującego, a na indeksie dolnym ograniczeniem kanału. Wszystko przy bardzo sprzyjających niedźwiedziom obrotach oraz dość szerokiej luce bessy wybijającej rynki poza formacje, co fatalnie świadczy o ich kondycji. Tym razem to nie była normalna korekta (hossy). W przeciwieństwie do wczorajszego wzrostu indeksu, bo ten był wyraźnie tylko korekcyjny. Tylko jakie to wszystko ma na dzisiaj znaczenie wobec (nieznanego mi jeszcze) komunikatu FED?