Nominacja Isdella, obywatela Irlandii, zakończyła trzymiesięczny okres poszukiwań nowego dyrektora generalnego spółki, który zastąpi odchodzącego na emeryturę 61-letniego Douga Dafta. Na giełdzie kandydatów na to stanowisko przewijało się kilka innych nazwisk - m.in. dyrektora generalnego koncernu Gilette - Jamesa Kiltsa, jednak ostatecznie z batalii wycofali się wszyscy kandydaci pozostawiając na placu boju tylko Isdella.

Inwestorzy z mieszanymi uczuciami przyjęli tę nominację. Ich faworytem był raczej jeden z obecnych prezesów firmy Steve Heyer, który przybył do Coca-Coli ze spółki Turner Broadcasting i miał spełnić oczekiwania akcjonariuszy, którzy domagają się wewnętrznej reformy koncernu. Teraz spekuluje się, że Heyer odejdzie z Coca-Coli. Tymczasem Neville Isdell, pracujący w firmie przez 35 lat, ale działający raczej na rynkach zagranicznych (od Zambii po Filipiny) uznawany jest raczej za kontynuatora polityki obecnego dyrektora generalnego. W ostatnich latach Coca-Cola notowała dość słaby wzrost sprzedaży, co spotykało się z coraz większą krytyką ze strony inwestorów.

Isdell na razie niewiele mówi o swoich priorytetach, jeśli chodzi o zarządzanie Coca-Colą. - W żaden sposób nie zaakceptuję stwierdzenia, że firma jest już tak duża, że nie może się szybko rozwijać - powiedział nowy szef. Jego zdaniem, należy poszukać nowych możliwości na nowych perspektywicznych rynkach, a takimi są na pewno Chiny czy Indie. Wyniki jego wieloletniej pracy w Coca-Coli mogą napawać inwestorów optymizmem. Np. w latach 1995-1998, gdy odpowiadał za działalność na rynku europejskim, zysk spółki na Starym Kontynencie wzrósł z 1,26 mld USD do 1,47 mld USD, i stało się tak pomimo spadku sprzedaży.

Przed Isdellem stoi też sporo wyzwań jeśli chodzi o naprawę reputacji firmy. Coca-Cola jest teraz obiektem śledztwa amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) oraz prokuratury w sprawie manipulacji księgowych, które prowadziły do zawyżania zysku.