Dla znacznej części rodaków koniec kwietnia miał smutne konotacje. Ci, którym fiskus winien był zwrot nadpłaconego podatku, w większości już złożyli deklaracje i otrzymali pieniądze. Przykry obowiązek rozliczenia pozostał tym, którzy zwykle wszystko zostawiają na ostatnią chwilę (sam należę do tych osób) i tym, którzy wiedzą, że będą musieli dopłacić. Szczególnie ta ostatnia grupa nie ma specjalnych powodów, by się spieszyć. Jednak z doświadczenia wiem, że niezależnie, do której z tych zbiorowości w danym roku się należy, rzut oka na PIT - a szczególnie na rubrykę z wielkością zapłaconego podatku - zawsze powoduje bolesne ukłucie w sercu. W tym roku wspomnianemu wyżej rzutowi oka powinno towarzyszyć jeszcze jedno uczucie: zaniepokojenie. Dlaczego?
Przyjrzyjmy się sytuacji fiskalnej. Zgodzić się trzeba, że dotychczasowe wykonanie budżetu na ten rok jest całkiem przyzwoite. Co więcej, mamy spore szanse na to, że cel zawarty w ustawie budżetowej zostanie zrealizowany. Ale czy to naprawdę jest dużym powodem do radości? Jeśli tak, to jest to euforia podobna do radości właściciela dwudziestoletniego trabanta, który cieszy się, że kolejny rok udało mu się przejechać bez kapitalnego remontu. Nie zmienia to jednak faktu, że im dłużej utrzymuje się taki stan rzeczy, tym większe szanse na to, że rzeczony pojazd w końcu dokumentnie się rozpadnie.
Powróćmy jednak od tej motoryzacyjnej analogii od smutnej rzeczywistości fiskalnej. Jeszcze miesiąc czy dwa temu media pełne były utyskiwań, że plan reform fiskalnych premiera Hausnera to tylko niezbędne minimum, że może nie wystarczyć itd., itp. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, zaczynają narastać obawy, że nawet ta wersja planu reform powoli zaczyna tracić grunt pod nogami. Jednocześnie przy obecnej sytuacji rynkowej rośnie ryzyko, że nawet zrealizowanie planu budżetowego może nie uchronić nas od przekroczenia kolejnego, newralgicznego poziomu długu publicznego w relacji do PKB.
Do czasu następnych rozliczeń podatkowych może więc zmaterializować się jeden z dwu scenariuszy. W pierwszym - rynki finansowe, zniechęcone brakiem postępu w reformach fiskalnych, mniej chętnie będą angażować się w finansowanie polskiego deficytu. W drugim - dług publiczny przekroczy w tym roku 55% PKB, tym samym - przynajmniej teoretycznie - wymuszając dostosowania w poziomie deficytu budżetowego. I w obu przypadkach dużą część kosztów tych dostosowań zapewne poniosą podatnicy.