W wywiadzie udzielonym amerykańskiemu "Newsweekowi" były prezes giełdy powiedział, że uważa się za "człowieka honoru" i że będzie do skutku bronił swojego wizerunku. - Jeśli oddam choć 10 centów, będzie to przyznanie się do winy. Ale jeśli oni (zarząd NYSE - przyp. TD) powiedzą, że jestem uczciwy, to zakończy sprawę. Jeśli nie, pójdziemy na wojnę - mówił Grasso. Była to pierwsza publiczna wypowiedź byłego prezesa od czasu usunięcia go ze stanowiska.

Grasso odszedł z giełdy jesienią 2003 r. w atmosferze skandalu, gdy ujawniono wysokość jego rocznych wynagrodzeń. Byłego prezesa krytykowano także za brak wewnętrznych reform na największym rynku kapitałowym świata. Jego funkcję przejął tymczasowo John Reed, który zgodził się pracować za symbolicznego dolara. NYSE domaga się zwrotu prawie 120 mln USD z pakietu wynagrodzeń Grasso. Także Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) bada, czy podczas prezesury Grasso nie doszło do naruszenia przepisów o obrocie papierami publicznymi.

"Honorowe rozwiązanie" mogłoby zakończyć także inne problemy byłego prezesa. Grasso grozi bowiem proces z powództwa publicznego. Śledztwo w sprawie pakietu wynagrodzeń za 2003 r., który przekroczył 180 mln USD, wszczął energiczny prokurator generalny stanu Nowy Jork Eliot Spitzer. Oficjalnego ogłoszenia aktu oskarżenia spodziewano się pod koniec maja. Jednak z informacji zamieszczonych w "Newsweeku" wynika, że Spitzer byłby skłonny pójść na kompromis i załatwić sprawę polubownie, gdyby Grasso zwrócił giełdzie 50 mln USD.