Kryzys rosyjski przyniósł zmiany na gorsze, lecz lukratywny poziom stóp procentowych, zaserwowany przez ówczesną RPP, pomógł inwestorom na jakiś czas "zapomnieć" o pogarszających się wskaźnikach.
I wreszcie od czasów widma monstrualnego deficytu roztoczonego przez ministra Bauca weszliśmy w etap trzeci, w którym stopy powoli spadały, a ryzyko szybko rosło. I trudno się dziwić, że zapał inwestorów zagranicznych trochę przygasł. Strach był i jest duży, a powodów do chciwości coraz mniej.
Z tej perspektywy mogą nieco dziwić dane, mówiące, że ostatnimi czasy inwestorzy zagraniczni pozostawali głównymi sponsorami deficytu budżetowego. Są dwa możliwe wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Albo wiara w polską gospodarkę jeszcze całkiem nie wygasła, albo to nie są już ci sami inwestorzy. Wydaje się, że prawda jak zwykle leży pośrodku. Można bowiem zauważyć dużą jakościową zmianę w strukturze napływającego kapitału. Bardzo popularna poprzednimi laty gra w konwergencję straciła na znaczeniu. Trudno się zresztą dziwić, jeśli data polskiej akcesji do strefy euro jest takim samym celem, jak horyzont - oddala się w miarę jak się do niego zbliżamy.
Nie wszystkich odstraszył zamęt polityczny i problemy fiskalne. Niemniej jednak ci, którzy zostali i dalej inwestują w polskie obligacje, przezornie zabezpieczają się przed ryzykiem kursowym. W miejsce zaś tych, którzy odeszli, pojawili się więksi ryzykanci. Przy czym rzuca się w oczy, że obecnie tak jedni, jak i drudzy stanowią dość płochliwe stadko. I nigdy nie wiadomo, co spowoduje, że ruszą w stampede. Niezależnie, z jakiego są kraju, jaką filozofię inwestowania reprezentują i jakie mają preferencje odnośnie do ryzyka. Jak wszyscy, to wszyscy...
Ktokolwiek będzie tworzył nowy rząd, stanie więc w nieciekawej pozycji. Żeby odbudować zaufanie do polskiej polityki gospodarczej i powrócić do pozycji ulubieńca rynków, trzeba kwartałów, jeśli nie lat. Z drugiej strony, wystarczy kilka dużych fałszywych kroków, by uruchomić sekwencję wydarzeń z finałem: jak wszyscy, to wszyscy... Przed nami ciekawe czasy...