W Kopenhadze wynegocjowaliśmy, że w sierpniu dostaniemy od UE zaliczkę w wysokości 800 mln euro. Pieniądze te są przeznaczone na prefinansowanie programów unijnych. Beneficjenci, czyli przedsiębiorcy czy samorządy otrzymają je, ale dopiero po zakończeniu inwestycji. Dlatego Ministerstwo Finansów szacuje, że to mało prawdopodobne, aby te 800 mln euro zostało wykorzystane w tym roku.

Czy to oznacza, że środki te będą leżeć na koncie w Narodowym Banku Polskim? Nie - resort finansów zamierza je potraktować jako przychód budżetu i wydać na bieżące potrzeby państwa. Według szacunków resortu, dzięki temu koszty obsługi długu spadną o ponad 100 mln zł. Dopiero wtedy, gdy inwestycje, które mają być współfinansowane z tych źródeł, zostaną zakończone i beneficjenci zwrócą się o pieniądze, budżet będzie te środki wypłacał. Może to spowodować, że budżetowi będzie się opłacać, aby inwestycje były kończone jak najpóźniej i jak najdłużej rozliczane. Ale resort zaprzecza. - Ta zaliczka to zaledwie 10% całości sum, jakie możemy otrzymać. A o kolejne transze możemy się starać dopiero po wydaniu tej pierwszej. Czyli zbyt długie przeciąganie projektów opóźni nam dostęp do zasadniczej części unijnych funduszy. Dlatego budżetowi nie opłaca się za długo zwlekać ze zwrotem tych środków beneficjentom - usłyszeliśmy w ministerstwie.

PAP