Taką katastrofą byłoby, na przykład, wybicie indeksu S&P 500 poniżej marcowego dołka (1090 pkt). Oznaczałoby to zmianę trendu średnioterminowego na spadkowy i przeniesienie złych nastrojów z rynków wschodzących, także na parkiety krajów rozwiniętych.
Zamiast podwójnego szczytu
Zachowanie indeksu stawia jednak pod znakiem zapytania dalsze spadki, przynajmniej w najbliższym czasie. Wprawdzie na zakończenie sesji 10 maja S&P 500 miał 1087 pkt, ale to był ostatni dzień wyprzedaży. Od tamtej pory na wykresie indeksu na przemian kształtują się świece - bądź to o wysokich górnych, bądź dolnych cieniach, pokazujące, że inwestorzy nie bardzo wiedzą, co robić. Większą wagę, niż do marcowego dołka wydają się przywiązywać do średniej ruchomej z 200 sesji, która znajduje się tuż poniżej wykresu indeksu. Poziom "sygnalny", którego przełamanie będzie zapowiadać spadek, przeniósł się z 1091 na 1080 pkt.
Jeszcze niedawno największe znaczenie dla oceny trendu na amerykańskim rynku akcji miał podwójny szczyt, budowany od początku lutego. Jednak po tym jak wykres S&P 500 "obszedł się" z marcowym dołkiem, większego znaczenia nabiera spadkowy kanał, obejmujący ostatnie trzy miesiące notowań. Formacja ta sugeruje, że znajdujemy się na granicy trendu bocznego i spadkowego. Dodatkowo daje nadzieję na krótkoterminowy wzrost, do 1140 pkt. Warunkiem takiego scenariusza jest zamknięcie sesji ponad lokalnym szczytem na 1100 pkt, ale kupujący nie działają na razie zbyt zdecydowanie. Z punktu widzenia wykresu S&P 500 sytuacja na światowych rynkach akcji jest dość skomplikowana.
Dolar wspiera akcje