Przez kilka ostatnich miesięcy z gospodarki napływały wyjątkowo dobre sygnały jasno wskazujące, że wreszcie mamy ożywienie pełną gębą. Trudno bowiem inaczej nazwać sytuację, w której wzrost gospodarczy wyraźnie przekracza sześć procent. Czyli, patrząc z historycznej perspektywy, jest dziesięciokrotnie wyższy niż dwa lata temu.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na bardzo dobry rezultat. Jednak nie trzeba być dużym malkontentem, by sarkastycznie zauważyć, że jak do tej pory polepszenie sytuacji gospodarczej ujawnia się głównie w publikacjach GUS-u i medialnych enuncjacjach. Jednocześnie tak krajowe przedsiębiorstwa, jak i konsumenci uparcie określają obecny stan gospodarki jako przeciętny, nie przejawiając przy tym dużej nadziei na poprawę.
W przypadku konsumentów taka ostrożność wypowiedzi jest w pełni zrozumiała. Jak do tej pory grupa ta w dość umiarkowanym stopniu doświadczyła dobrodziejstwa wyższego wzrostu gospodarczego. Dużo bardziej zastanawiająca jest sceptyczna postawa przedsiębiorców.
Na pierwszy rzut oka w tym sektorze wszystko wygląda wspaniale. Roczny wzrost produkcji przemysłowej pozostaje niezmiennie na dwucyfrowym poziomie, zaś wskaźniki finansowe poprawiają się w większości przedsiębiorstw. Tym więc dziwniejsze jest to, że wśród przedsiębiorców widoczna jest duża powściągliwość w ocenie bieżącej sytuacji gospodarczej oraz bardzo zachowawcza polityka inwestycyjna. Gdzie leży przyczyna tego stanu rzeczy?
Można snuć różne dywagacje: a to niepewność polityczna, a to ceny ropy... Lecz, pomijając na chwilę wydarzenia nam współczesne, można dostrzec jeszcze jedną potencjalną przyczynę tego stanu rzeczy. Tym razem o charakterze historycznym.