Obywatele nowych krajów członkowskich mają prawo do objęcia ośmiu stanowisk dyrektorów generalnych w dyrekcjach KE (m.in. spraw zagranicznych, handlu, energetyki) oraz od dziesięciu stanowisk dyrektorów departamentów. Największe szanse w rywalizacji mają urzędnicy wyższych szczebli administracji państwowych. Zgodnie z planami Komisji, każdy nowy kraj dostanie przynajmniej jedno stanowisko. Nasi kandydaci mogą liczyć więc na maksymalnie dwa fotele.
Co się więc stanie, jeśli większa liczba Polaków zakwalifikuje się do ostatniego etapu konkursu? Zdaniem Jarosława Pietrasa, sekretarza stanu w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, wtedy włączy się w procedurę rząd. - Będzie trzeba zastanowić się, która dyrekcja z punktu widzenia interesu naszego kraju jest dla nas najważniejsza i gdzie chcielibyśmy mieć swojego człowieka - powiedział. Polski rząd będzie mógł rekomendować którąś z tych osób. Czyli kluczowe będzie zaplecze polityczne kandydata.
Według doniesień prasowych, wśród osób, które startują w konkursie znajdują się między innymi główny negocjator polskiego traktatu akcesyjnego Jan Truszczyński oraz Jan Krzysztof Frąckowiak, wiceminister nauki i informatyzacji, który był odpowiedzialny za przygotowania do członkostwa w UE. Jednak oficjalnych informacji o tym, kto ubiega się o stanowiska w Brukseli, nie ma. Także rząd nabrał wody w usta. - Nie mamy formalnej możliwości uzyskania wiedzy, kto kandyduje na stanowiska unijne - powiedział J. Pietras. - Aczkolwiek nie wykluczamy, że mogą to być osoby wysoko postawione, także z naszego urzędu - przyznał.
Jak powiedział szef UKiE, konkretne nazwiska poznamy, gdy Bruksela opublikuje tzw. krótką listę, czyli spis kandydatów, którzy przeszli do ostatniego etapu konkursu. - A powinna zostać ona podana do publicznej wiadomości w ciągu miesiąca, góra dwóch, gdyż do lipca większość tych stanowisk powinna zostać obsadzona - powiedziała Ewa Haczyk, rzecznik UKiE.
PiS: "Nie" dla negocjatorów