Nie ma spokoju na światowych rynkach ropy naftowej. Kilka dni temu zaczęło się głośno mówić o możliwości zwiększenia wydobycia tego surowca, trudno jednak oczekiwać, aby poziomy - o których się teraz dyskutuje - miały przywrócić równowagę. Przy czym przez równowagę rozumiem osiągnięcie stabilnej ceny wyraźnie poniżej 30 dolarów za baryłkę.
Nawet przedstawiciele kartelu OPEC utrzymują, że proponowane zwiększenie wydobycia może co najwyżej doprowadzić do ograniczenia wzrostów, ale i to nie na długo.
Oczywiście, różne źródła forsują różne koncepcje na temat tego, dlaczego ropa drożeje. Mówi się np., że po prostu rośnie zapotrzebowanie na ten surowiec. Szczególną rolę mają odgrywać tu Chiny. Poza tym swoje robi brak wystarczających zapasów w USA. Wydaje się jednak, że najistotniejsze jest ciągłe zagrożenie atakami terrorystycznymi. Mało tego, ostatnio wzrosło niebezpieczeństwo uderzeń właśnie na instalacje naftowe albo na pracowników firm związanych z wydobyciem ropy naftowej. Próbkę, i to bardzo tragiczną, mieliśmy w ostatnią sobotę w Arabii Saudyjskiej.
Są też tacy, którzy forsują znacznie bardziej spiskową teorię. Oto bowiem wzrost cen ma być swego rodzaju pokazem siły krajów zaniepokojonych polityką amerykańską w Iraku. Arabia Saudyjska mogła się zgodzić na odsunięcie od władzy Saddama Husajna, ale znacznie mniej podobają się jej operacje przeciw ugrupowaniom religijnym i wprowadzanie w Iraku demokracji na wzór zachodni.
Zamieszanie na rynku ropy przychodzi w bardzo złym momencie. Szczególnie nieciekawie wygląda w tej sytuacji koncepcja polityki monetarnej. Znaczna część świata, mam tu na myśli przede wszystkim Europę Zachodnią, wciąż jest pogrążona w marazmie. Dotyczy to przede wszystkim największej gospodarki regionu, czyli gospodarki niemieckiej. Ostatnie wskaźniki wybiły z głowy niektórym komentatorom hurraoptymizm głoszony przez nich pod koniec 2003 roku. Teraz dochodzi jeszcze kwestia wysokich cen ropy, które mogą doprowadzić do wzrostu inflacji i opóźnić ożywienie. EBC ma w ogóle trudne zadanie, bo jak tu pogodzić sprzeczne często interesy różnych państw. Kraje unii walutowej nie są jednolite gospodarczo, co widać gołym okiem, patrząc choćby na podstawowe wskaźniki makroekonomiczne. Nieco innej polityki potrzebują Niemcy, nieco innej Hiszpania.