Rafineria Trzebinia jeszcze dwa lata temu stała na krawędzi bankructwa. Gdy Pan został prezesem, miała zajęty majątek. Dlaczego firma znalazła się nad przepaścią i jak udało się wyprowadzić ją na prostą?
Urząd skarbowy nalegał na zapłatę zaległych podatków związanych z handlem przepracowanymi olejami. Chodziło o akcyzę i podatek VAT, których poprzedni zarząd nie zapłacił. Udało mi się przekonać urząd skarbowy, urząd celny, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i wszystkich świętych, że zamknięcie rafinerii nikomu nic nie da, że szansę na wydobycie spółki z poważnych tarapatów da tylko konsekwentnie realizowany program inwestycyjny.
A co z zaległościami?
Zapłaciliśmy Skarbowi Państwa ogromne kwoty. Sięgnęły one dziesiątek milionów za lata 1998-2001. Uregulowanie tej sprawy uważam za swój największy sukces. Tym bardziej że w Polsce brakuje przepisów, które pozwolą spółce przetrwać w warunkach przejściowych. To znaczy w czasie odwołań. Choć fiskus nie zawsze musi mieć rację, to jednak zrezygnowaliśmy z drogi odwoławczej, ale bez przyznawania się do winy. Na prowadzenie sporu aż w NSA, co mogłoby potrwać ok. dwóch lat, nie mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy. Dodatkowo oznaczałoby to wstrzymanie procesu inwestycyjnego w firmie i jej upadek.
Na czym polegał plan restrukturyzacyjny i inwestycyjny?