Od kilku dni - jak wielu kibiców - żyję już portugalskimi mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Mistrzostwami i codzienną pracą, oczywiście. I tym mentalnym zestawieniem piłki z dziennikarskimi obowiązkami tłumaczę sobie koszmarny sen, jaki miałem ostatnio.
Przyśnił mi się mecz inauguracyjny mistrzostw Europy, który sędziował... Andrzej Raczko.
A był arbitrem kontrowersyjnym, nawet w porównaniu ze słynnym łysym Włochem Pierluigi Colliną. Nasz minister finansów, jeszcze zanim piłkarze weszli na stadion, kazał zamazać większość linii wytyczonych kredą na boisku. Wkrótce po autach, liniach pola karnego, no i linii bramkowej zostały tylko niewyraźne, białawe smugi.
Jakież było zdziwienie zawodników obydwu drużyn, którzy w chwilę potem zjawili się na murawie. Nic nie dały jednak prośby piłkarzy, rozpaczliwe gesty trenerów ani próby interwencji ze strony działaczy. Zdaniem sędziego boisko dopiero teraz było należycie przygotowane do zawodów. Mecz mógł się rozpocząć.
Mnie - w przeciwieństwie do graczy - zachowanie arbitra specjalnie nie zdziwiło. Nieprecyzyjne, rozmyte granice prawa to przecież żywioł polskiego ministra finansów. To one pozwalają urzędnikom skarbowym dokonywać takich interpretacji przepisów, jakie w danej chwili wydają się najkorzystniejsze dla fiskusa. A przyzwyczajenie to przecież druga natura. Nic więc dziwnego, że sędzia Raczko sam chciał decydować także o tym, czy piłka wyszła już na aut, czy też nie.