Ostatnio ktoś zwrócił moją uwagę stwierdzeniem, że jeśli politycy dbaliby o gospodarkę, to natychmiast przeprowadziliby nowe wybory parlamentarne. "Tylko nowy rząd zrobi dobry budżet" brzmiała argumentacja. Słuchając ostatnich zapowiedzi premiera i członków rządu można tylko ponuro przytaknąć.
Jeszcze pół roku temu osiągnięcie planowanego na 38,8 mld zł deficytu budżetowego w przyszłym roku wydawało się zupełnie nierealne. Zaskakująco wysoki wzrost gospodarczy i kilka innych wydarzeń - jak poprawa wyników firm - dają możliwość znaczącej obniżki deficytu. Wicepremier Hausner mówi o 35 mld zł, w wariancie bardzo optymistycznym słychać nawet o jeszcze 3 mld zł mniej. Ministerstwo Finansów jednak wciąż podtrzymuje poziom 38,8 mld zł. I tak pojawiła się miara rozdawnictwa przedwyborczego A.D. 2004: 38,8 mld zł minus najniższy poziom deficytu wymieniony przez wicepremiera Hausnera.
Wynik tego prostego równania mówi o tym, ile kosztuje nas, podatników, przesuwanie się terminu wyborów na przyszłość i związane z tym pozostawanie budżetu w rękach polityków jako narzędzia gry wyborczej.
Czy nowy rząd mógłby przygotować lepszy budżet niż rząd Marka Belki? Moim zdaniem, tak. Jeśli nie uległby pokusom rozdawnictwa i doceniłby korzyści płynące ze zmniejszania deficytu, to osiągnięcie znacząco niższego deficytu niż zapowiadany byłoby możliwe. Tym bardziej, że przygotowanie budżetu zbiegłoby się z "klasycznym" 100-dniowym okresem największej reformatorskiej siły nowego rządu. Nowy rząd nie obciążony nadchodzącą kampanią wyborczą mógłby wdrożyć i zaimplementować jeszcze w budżecie na 2005 rok jakąś własną formę "planu Hausnera".
Dodatkowo, dzięki wcześniejszym wyborom zostałoby przerwane "przekleństwo jesieni" objawiające się tym, że budżet przygotowywany przez jeden rząd jest realizowany przez następny, a przygotowanie nowego budżetu przez nową ekipę następuje już po pierwszych 100 dniach rządzenia, kiedy reformatorskie zapały znacząco są już ostudzone.