Teoretycznie sesje kończymy na zero. Praktycznie bardzo mi się nie podobała. Obszar oporu między czerwcowymi szczytami okazał się na razie zbyt mocną barierą dla byków i wraz ze zwrotem w tym miejscu mamy ruch powrotny do kanału na wykresie kontraktów i klina na wykresie indeksu. Z punktu widzenia analizy technicznej zwrot właśnie w tym miejscu wygląda po prostu fatalnie. Ale nie to powinno martwić najmocniej. Martwić powinny głównie obroty. Tym razem nie ich brak, będący elementem ogólnego marazmu, ale właśnie spora aktywność wskazująca nie na odstawienie popytu i po prostu osunięcie się rynku, ale na powrót większej podaży. Wraz ze spadkiem indeksu obroty wyraźnie rosły, przekraczając w każdej fazie sesji wartości notowane w tym tygodniu. Takie zachowanie w obszarze oporu, a do tego po optymistycznym otwarciu luką hossy, wskazuje na brak sił rynku do wykreowania mocniejszego wzrostu. Nawet jeśli w końcu przebijemy szczyty z początku czerwca, to nie będzie to żaden trwały ruch.
Zabrzmi to trochę naiwnie, ale takie wczorajsze zachowanie rynku nie powinno być żadną niespodzianką. Kto miał wczoraj kupować? Popyt od początku tygodnia realizował "polityczne bycze uderzenie wyprzedzające" i trudno było w czwartek znaleźć choćby jednego inwestora wątpiącego w przyklepanie wotum - szyderczo nazywanego wotum "zadufania". Z kolei wspominany wcześniej dystans dzielący GPW od amerykańskich rynków został nadrobiony już na poprzednich sesjach.
Wydaje się więc, że teraz po prostu wrócimy do korelacji z zachodnimi parkietami i zaczniemy rozgrywkę pod decyzje banków centralnych. Biorąc pod uwagę koniec miesiąca/kwartału/półrocza na lepszej pozycji stoją byki. Ja radziłbym jednak chwilę wstrzymać się z decyzją co do kolejnego ruchu, czekając na sesję z obrotami powyżej 300 mln.