Przymuszony przez grupę bezrobotnych day-traderów zobowiązałem się do przedstawienia paru postulatów. Po pierwsze pojawiły się prośby o powrót do notowań jedynie 2 dni w tygodniu. Najlepiej w weekendy, by nie przeszkadzało to inwestować na zachodnich rynkach. Po drugie prośba skrócenia sesji do pierwszej, a zarazem ostatniej godziny. Po trzecie dla day-traderów codziennie (to tylko dwie sesje w tygodniu) darmowa kawa. No i w końcu - trzeba ograniczyć liczbę instrumentów, bo tyle się dzieje na GPW, że nikt już nie jest w stanie ogarnąć tych szalonych dynamicznych wahań.
A teraz poważniej. Banki centralne mamy już za sobą i przed długim weekendem zostało tylko jedno wydarzenie. Mowa o amerykańskiej "matce wszystkich raportów", czyli danych z rynku pracy. Nie jestem w tym temacie optymistą i warto zerknąć na ostatnie często niedoceniane publikacje. Po pierwsze, Initial Claims rozczarowały choćby wczoraj. Po drugie, Ankieta Challenger za ostatni miesiąc była tak naprawdę negatywna. Wprawdzie prognozowane zwolnienia prawie nie wzrosły (z 72 na 73 tys.), ale maj historycznie był miesiącem, w którym spadek planowanych zwolnień był drugim największym (-15 tys.), a średnia była najniższa w całym roku (43 tys.). Subindeks zatrudnienia z Philadelphia Fed spadł z 22,6, do 16,8, przy wzroście indeksu z 23,8 do 28,9. Subindeks zatrudnienia z NY Empire State Manufacturing Index spadł z 21,3 do 12,9. Do tego wszystkiego duża liczba bezrobotnych przestała w ostatnich latach szukać pracy (wliczając ich do stopy bezrobocia wg BLS bezrobocie przekraczało 10%), a teraz zaczynają ponownie się rejestrować. To będzie mieć negatywny (60-80 tys) wpływ w najbliższym okresie. Jedyna wątpliwość, to czy rozczarowujące dane zobaczymy już w tym, czy dopiero w przyszłym miesiącu.