Coraz trudniej w ostatnim czasie jest zarobić jakiekolwiek pieniądze na warszawskiej giełdzie. I to dotyczy nie tylko posiadaczy akcji, ale i również inwestorów grających na "krótko" na futures. Skazane na niemal pewny spadek nasze rodzime indeksy dryfują w trendzie horyzontalnym. Okazało się, że magiczny poziom 1700 punktów na WIG20 ze sławną luką na 1706 punktów nie ma żadnego znaczenia dla dalszych losów koniunktury. Nie reagujemy na ogólnoświatowe pogorszenie koniunktury, a śladowe obroty na rynku pokazują ogólne zniechęcenie do zawierania transakcji.
Bardzo dobrze, że nie reagujemy na spadki zachodnich indeksów i jesteśmy jedną z silniejszych giełd, ale to nie oznacza, że podczas wzrostów zachodnich indeksów WIG20 będzie podążał na północ. Bezruch, z jakim mamy do czynienia, może trwać jeszcze miesiąc, ale równie dobrze może skończyć się nagle. Wszystko jest w rękach naszych funduszy, gdyż nie zakładam napływu zagranicznego kapitału w tym miesiącu, szczególnie po ostatniej nieciekawej sytuacji w Rosji.
Zaczęły się wakacje, ale kiepska pogoda może zmusi do powrotu na parkiet dużych graczy. Przy takiej płynności można zrobić z naszym rynkiem to co się chce, nie angażując wielkich środków. Na razie po parkiecie hasają spekulanci, stąd obserwujemy wzrost zainteresowania spółkami z dwóch fixingów. Kosmiczne wzrosty takich "hitów", jak Ampli, Odlewnie czy Energoaparatura najlepiej pokazują słabość naszej giełdy. Do łask wracają również spółki średniej wielkości, takie jak Ropczyce czy też Stalexport. Zwłaszcza zastanawiający jest systematyczny, powolny wzrost "króla" spekulacji. Pewnie niebawem dowiemy się, co stoi za wzrostem notowań spółki.
Duże wymiany akcji w środku zeszłego tygodnia mogą być przymiarką do zakończenia tego marazmu. Nie chce spadać, więc niech rośnie.
Zwróć uwagę: