Reklama

Niepotrzebna wojna Elektrimu z obligatariuszami

Z Wojciechem Janczykiem, byłym prezesem Elektrimu, rozmawia Urszula Zielińska

Publikacja: 13.07.2004 07:38

Walne zgromadzenie Elektrimu nie udzieliło Panu skwitowania z działalności w 2003 r. Co Pan na to?

Oczywiście uznaję prawo akcjonariuszy Elektrimu do podjęcia jakiejkolwiek decyzji w sprawie absolutorium dla mnie. Jest to kwestia oceny jakości zarządzania. Nie ma problemu. Szkoda co prawda, że kodeks handlowy nie wymaga uzasadnienia decyzji - byłoby milej. Ale trudno. Jest jak jest. Natomiast uzasadnienie, które na łamach prasy przedstawił Zygmunt Solorz-Żak, jest po prostu nieprawdziwe. Pan Solorz stwierdza, że jest to wynik złej oceny umowy z obligatariuszami. Tylko że ja zawarłem tę umowę jesienią 2002 roku. A z działalności za 2002 rok, a więc również z umowy z obligatariuszami, rozliczyło mnie walne zgromadzenie w połowie czerwca 2003 r. Wtedy Polsat razem z kilkoma podmiotami kontrolował ok. 49% akcji Elektrimu. Wobec tego powód, dla którego nie otrzymałem absolutorium za 2003 r., musi być inny. Pytam więc jaki? Drugi zarzut dotyczy zgodności umowy z kodeksem spółek handlowych.

Chodzi głównie o jeden punkt tej umowy...

Konkretnie o punkt dotyczący powołania członka zarządu Elektrimu przez obligatariuszy. I to mówi pan Solorz (Z. Solorz jako przewodniczący rady nadzorczej uważa, że tylko rada ma takie prawo - przyp. red.). A Piotr Nurowski, prezes Elektrimu, pyta mnie: jak mogłeś zgodzić się na podpisanie umowy z obligatariuszami, w której gwarantowałeś im prawo do swojego przedstawiciela. Przecież to nie jest w gestii zarządu; narzuciłeś radzie nadzorczej zobowiązanie. Nie miałeś takiego prawa.

Wyjaśniam. Po pierwsze, umowa z obligatariuszami była umową, którą pomagało mi negocjować kilka renomowanych kancelarii prawnych. Znana w Polsce kancelaria Weil, Gotschal & Manges stwierdziła jej zgodność z prawem polskim, bo obligatariusze wymagali opinii o zgodności z kodeksem spółek handlowych. Był to jeden z ich warunków. 15 listopada 2002 r. Weil wystosował pismo do powiernika i wierzycieli, stwierdzające, że umowa jest zgodna z prawem.

Reklama
Reklama

Na czym polega błąd w twierdzeniu, że tak nie jest? Ja nie jestem prawnikiem i nie będę mówił, co w tej sprawie mówi ksh. Posłużę się przykładem. Wiele umów z bankami, obligatariuszami, instytucjami pożyczającymi pieniądze odnosi się nie tylko do działań i zachowań, które są w pełnej kontroli zarządów, ale do czynników zewnętrznych, gdzie decyzję podejmuje osoba trzecia, a zarząd nie ma na to wpływu. Może tylko poinformować: nie rób tego, bo to niesie ze sobą takie a takie konsekwencje. W umowach często pojawia się chociażby zapis, że dokument obowiązuje, chyba że kapitał spółki zostanie obniżony. To bardzo częsty zapis, jest także w umowie Elektrimu. W takiej sytuacji zarząd nie zobowiązuje przecież akcjonariuszy, aby nie obniżali kapitału. Nie jest w stanie. Może ich jedynie uczulać i tłumaczyć, co się stanie, jeśli podejmą taką decyzję.

W umowie Elektrimu jest analogiczna sytuacja. Jeden z warunków umowy z obligatariuszami zależy nie od zarządu, ale od rady nadzorczej. Mówi: powołujecie przedstawiciela obligatariuszy, a jeżeli go przestaniecie powoływać, to w konsekwencji umowa z obligatariuszami przestanie obowiązywać, a dług będzie wymagalny.

W liście do redakcji Parkietu wspomniał Pan o procedurze, z której nie skorzystała rada nadzorcza Elektrimu. O jaką procedurę chodzi?

Negocjując umowę, w pełni sobie zdawałem sprawę, że zapis o powoływaniu do zarządu przedstawiciela obligatariuszy jest bardzo niebezpieczny. Tak naprawdę pozwalaliśmy, aby do zarządu Elektrimu wszedł człowiek, który - przykładowo - może działać na szkodę spółki. Może być nieodpowiednio wykształcony. Dlatego po wielotygodniowych dyskusjach wypracowaliśmy formułę, zgodnie z którą przedstawiciel obligatariuszy musi mieć odpowiednie kwalifikacje, a rada nie musi go powoływać, jeśli ich nie ma. Potem pomyśleliśmy: zaraz, zaraz, przecież ci ludzie muszą ze sobą współpracować. Co zatem, jeśli chemia nie działa. Zapisaliśmy więc, że jeżeli rada nadzorcza uzna, że zarząd ze sobą nie współpracuje, może odwołać przedstawiciela obligatariuszy bez podania powodu. Obligatariusze mogą wskazać następnego. Z kolei, żeby zapobiec sytuacji, w której rada może wciąż odwoływać przedstawiciela obligatariuszy, wpisaliśmy mechanizm, dzięki któremu obligatariusze mogą powiedzieć: jeżeli odwołujecie jednego z naszych, my wskażemy waszego członka zarządu, którego również odwołacie. Taka jest procedura.

Gdy rada nadzorcza Elektrimu zawiesiła w obowiązkach Piotra Rymaszewskiego, wskazanego przez obligatariuszy członka zarządu, z zarządu odszedł również Wojciech Pątkiewicz...

Tylko że to nie był element uruchomionej procedury. Nikogo nie odwołano, a obligatariusze nie wskazali, że chcą odejścia tego człowieka. Wracając do tematu. W umowie mamy jeszcze trzeci zapis, o który pani pyta. Jeżeli w opinii rady nadzorczej przedstawiciel obligatariuszy działa na niekorzyść spółki, należy zastosować procedurę arbitrażu i przedstawić dowody w sądzie. Jeżeli sąd uzna, że rada nadzorcza miała rację, to obligatariusze mają problem. Wprawdzie mogą wskazać kolejnego członka zarządu, ale tracą prawo efektywnego weta wobec uchwał zarządu. Jeżeli pan Solorz mówi, że pan Rymaszewski działał na szkodę spółki i ma na to dowody, to powinien postąpić zgodnie z procedurą zapisaną w umowie. To rozwiązałoby wszystkie problemy, jakie ma z obligatariuszami.

Reklama
Reklama

Dlaczego, Pana zdaniem, tak się nie stało?

Mówimy o prawie, z którego rada nie skorzystała. Moim zdaniem, ktoś błędnie jej doradził, że dobrym rozwiązaniem jest znalezienie kruczka prawnego i zawieszenie, a nie - odwołanie, członka zarządu. Tego akurat w umowie nie ma. Ja oceniam Piotra Rymaszewskiego jako fantastycznego menedżera. Powitałem go z otwartymi ramionami. Wcześniej bardzo się bałem, kto zostanie wskazany przez obligatariuszy. Pan Rymaszewski jest osobą, która za moich czasów myślała tylko o interesie Elektrimu. Obligatariusze dzwonili do mnie, aby się czegokolwiek dowiedzieć. On był tam nie po to, aby im raportować, ale po to, by nic nie zostało wyprowadzone poza Elektrim i żeby wszystko działało według pewnych reguł. W pewnym momencie, na początku 2003 r., obligatariusze za pośrednictwem powiernika, zaczęli nas straszyć, że się nie wywiązujemy z umowy. Spędziłem z Piotrem Rymaszewskim wiele nocy w jednym pokoju, przygotowując obronę przed każdym ze stawianych zarzutów. Było oczywiste, że działał wtedy wbrew woli i wbrew chęciom obligatariuszy, ale w interesie spółki.

Potem Elektrim przekazał kilkadziesiąt milionów euro spółce zależnej. Tłumaczył, że tego wymagają banki, mające sfinansować inwestycję PAK-u. Nie wątpię, że intencje pana Solorza i pana Nurowskiego były czyste. Jednak Piotr Rymaszewski był szczególnie wyczulony na jakiekolwiek wyprowadzanie pieniędzy poza Elektrim. Tracił nad nimi kontrolę. Stąd zrodził się spór personalny, który mógł być rozwiązany zgodnie z procedurą, o której wspomniałem, a nie - poprzez zawieszenie.

Udowodnienie działania na szkodę spółki mogłoby potrwać...

Możliwe. Ale rada mogła odwołać Piotra Rymaszewskiego i pozwolić, żeby obligatariusze wskazali drugiego członka zarządu do odwołania. Pan Nurowski na pewno by się nie obraził, gdyby na niego wskazali, bo zawsze powtarzał, że nie chce być prezesem... Mówię o tym wszystkim, żeby pokazać, że umowa z obligatariuszami pod tym względem jest zgodna z prawem i daje wiele innych możliwości niż pójście na wojnę.

Dlaczego zgodził się Pan na wprowadzenie do zarządu przedstawiciela obligatariuszy?

Reklama
Reklama

Proszę zrozumieć ten kontekst. Poprzedni zarząd wykonuje następujące czynności: siada z obligatariuszami do stołu, obiecuje spłacić im w ciągu paru miesięcy 300 mln euro, resztę oprocentować na 15% w skali roku i spłacić do końca 2005 r. Zastawia w umowie na rzecz obligatariuszy ten sam majątek, który potem ja zastawiłem. Fakt, nie mają prawa do swojego człowieka w zarządzie, ale mają takie warunki, o których mówię. Zbiera się walne zgromadzenie obligatariuszy, głosują porozumienie, ówczesny prezes Elektrimu Maciej Radziwiłł wyznacza datę podpisania umowy. I na parę dni przed mówi: "sorry, nie zrobię tego". Obligatariusze zażądali natychmiastowej płatności, a pan Radziwiłł złożył wniosek o upadłość Elektrimu. Wtedy rada nadzorcza wprowadziła do zarządu Janczyka. Powiedziałem obligatariuszom: słuchajcie, nie mogę wam dać 300 mln euro, w kasie mam 100 mln euro, ale muszę spłacić drobnych wierzycieli. Mogę wam dać w najbliższych miesiącach 20-30 mln euro. Zaproponowałem 2-3% odsetek. Te warunki były dla nich do zaakceptowania. Pytali jednak, jaką mają gwarancję, że za chwilę nie zmienię zdania jak poprzednik. Dlatego przyjąłem w stosunku do nich następującą konwencję: pełna otwartość: to są moje aktywa, tyle mam, tyle mogę dać. Chcecie mieć swojego obserwatora? Proszę bardzo. Nie mam nic do ukrycia. Oglądajcie każdą transakcję. Ale jeśli będzie działał na szkodę spółki - stracicie go. Taki był duch porozumienia. Taka była logika działania.

Z Elektrimu odszedłem po tym, jak Zygmunt Solorz przejął kontrolę i powiedział: "słuchaj, nie podoba mi się ta umowa z obligatariuszami, mają za dużą kontrolę, będę chciał ją podważyć". Nie wyobrażałem sobie, że mogę usiąść przed tymi samymi ludźmi, z którymi podpisałem umowę i powiedzieć: "ta umowa jest niezgodna z prawem".

Które aktywa są objęte zastawem na rzecz obligatariuszy?

Uzgodniłem z nimi, że będą spłaceni z pieniędzy uzyskanych z dwóch źródeł: sprzedaży aktywów telekomunikacyjnych bądź PAK-u.

Zarząd Elektrimu mówi, że nie może ruszyć pieniędzy za akcje Mostostalu Warszawa...

Reklama
Reklama

Bo jest wyrok o złamaniu umowy z obligatariuszami.

Co to za wyrok?

Sądu londyńskiego w sporze między obligatariuszami a powiernikiem - Law Debenture Trust. Jest niekorzystny dla Elektrimu. Stwierdza, że zawieszenie Piotra Rymaszewskiego stanowi złamanie umowy z obligatariuszami. Law Debenture potrzebował takiego orzeczenia, aby uruchomić procedurę przyspieszonego wykupu obligacji. Na razie do tego nie doszło, bo domaga się od obligatariuszy dodatkowego ubezpieczenia od konsekwencji tego działania.

Sądzi Pan, że się porozumieją w tej kwestii?

Mam nadzieję, że nie. Uważam ponadto, że obligatariusze w przypadku uruchomienia tej procedury mają więcej do stracenia niż zyskania. Zastawy na ich rzecz nie są prostymi zastawami. Istnieją inne zobowiązania i inne uwarunkowania. Może się okazać, że nawet w wyniku przejmowania majątku nie uzyskają wszystkich swoich pieniędzy.

Reklama
Reklama

O jakich zobowiązaniach Pan mówi?

Nie chcę wchodzić w szczegóły.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama