Jeżeli o tym, jaka sytuacja panuje w danym resorcie, świadczy częstotliwość zmian na stanowisku ministra, to z finansami nie jest dobrze. Nie tak źle wprawdzie, jak ze zdrowiem, ale niewiele lepiej niż z prywatyzacją (Jacek Socha jest piątym ministrem skarbu od wyborów). Głównym problemem, z którym - jak dotąd - nie poradził sobie żaden z poprzedników Mirosława Gronickiego, jest reforma finansów publicznych.
Na jak długo?
To, co nowy minister finansów będzie mógł zrobić, zależy od tego, jak długo pozostanie w rządzie. Jesienią ma się odbyć kolejne głosowanie o wotum zaufania. Jeśli rząd Marka Belki przegra, to głównym osiągnięciem Mirosława Gronickiego zostanie projekt budżetu na 2005 rok. Jednak coraz więcej prognoz mówi, że obecny gabinet przetrwa aż do wyborów w przyszłym roku. To oznaczałoby, że nowy szef resortu finansów będzie miał znacznie więcej czasu. Pytanie - jak go wykorzysta?
Dług przede wszystkim?
Jak wynika z wypowiedzi M. Gronickiego, jednym z jego głównych celów będzie ograniczenie wydatków. Z tym problemem jednak nie poradzili sobie jego poprzednicy - i to również ci, którzy za finanse publiczne odpowiadali w rządzie Jerzego Buzka. Już w 1997 r. ówczesny minister finansów Leszek Balcerowicz zwracał uwagę na konieczność ograniczenia tempa narastania długu publicznego i reformy finansów publicznych. Efekty były takie, że jego następca Jarosław Bauc stracił posadę po tym, jak ogłosił publicznie, że działania posłów mogą doprowadzić do 80-miliardowego deficytu. Ministrowie finansów za czasów premiera Leszka Millera również nie dawali sobie rady z narastaniem długu. I to nawet wtedy, gdy ich pozycja polityczna była mocniejsza oraz piastowali w rządzie wyższe funkcje niż ta, jaką otrzyma Mirosław Gronicki.