Zakończyliśmy wczorajsze notowania 2 pkt pod poziomem zamknięcia z poniedziałku. Czy trzeba czegoś więcej? Już ta informacja pozwala sobie wyrobić pogląd o rynku. Nie bądźmy jednak zbyt powściągliwi. Rozpiętość notowań wyniosła 15 pkt, a obrót na rynku kasowym szczęśliwie przekroczył wartość 150 mln złotych. Szczęśliwie, bo ponownie spory w tym udział miały pojedyńcze duże transakcje, które trudno uznać za w pełni rynkowe. Jednym słowem, kolejny raz mieliśmy marazm.

Oczekiwano, że indeks będzie zmagać się z poziomem 1700 pkt. W czasie pierwszej godziny notowań kontrakty jeszcze w to wątpiły. Notowania rozpoczęły się bowiem spadkiem o 11 pkt i popyt wcale nie palił się do ataku. Kasowy trochę rozruszał rynek, ale nie na tyle, byśmy zauważyli jakiś przełom. Powolutku wartość indeksu zbliżyła się do poziomu 1700 pkt, ale nie udało się go pokonać. Byłoby to zresztą dość podejrzane, bo sygnał techniczny przy takim obrocie nie ma faktycznie żadnej wartości.

Wczorajsza sesja nie zmieniła niczego w ocenie rynku. Nadal należy przyjąć, że poruszamy się w lekko wzrostowym kanale. Ten kanał jest formacją, jaka powstała w ramach kreślonego właśnie ruchu korygującego spadek rozpoczęty w połowie kwietnia br.

Pewnie jest spora grupa graczy liczących, że spadki są już za nami i rynek powoli powraca do wzrostu, który jeszcze mieliśmy na początku roku. Problem w tym, że na razie więcej przemawia za scenariuszem spadkowym. Fakt, że dynamika nowego trendu nie jest duża, ale czy można spodziewać się błyskawicznej kapitulacji byków po tak długim trendzie wzrostowym? Oczywiście, że nie. Duch wzrostu jest nadal żywy, a to właśnie daje szansę na dalsze spadki cen. Gdy wszyscy będą mówić o trendzie spadkowym, będziemy mogli pomyśleć o wzroście cen.