Politycy u nas mają dziwny zwyczaj - jak któryś wpadnie na dobry pomysł, zachowuje się, jakby się go wstydził. Ani nie promuje tego pomysłu, a jeśli go nawet promuje, to krótko i nie za wszelką cenę. Za to jak już ktoś wymyśli coś głupiego, to wlecze się to potem latami.
Ot, ktoś wymyślił kiedyś sposób na dług publiczny. Polega on na tym, aby dług spłacić. To genialne rozwiązanie, za które jego twórca - o ile pamiętam, był to minister Marek Belka - dostał premierostwo (zapewne zamiast premii).
Podejrzewam, że nie każdego czytelnika zdruzgotała wiekopomność rozwiązania Marka Belki i część będzie się chciała dowiedzieć, jak spłacić długi. Odpowiedź jest równie prosta - pożyczyć. W końcu nasi politycy od kilkunastu lat pokazują, że w czym jak w czym, ale w zadłużaniu kraju po uszy są dobrzy.
Tyle tylko, że pan Marek Belka wymyślił, żeby kasę pożyczyć nie od zagranicznych banków, jak inni ministrowie, ale od naszego, stricte krajowego, Narodowego Banku Polskiego. W końcu NBP to jedyna instytucja państwowa, która ma jakieś pieniądze i nie jest zadłużona, więc - jak to lewica ma w zwyczaju - trzeba zabrać bogatym.
Jeśli ktoś zapyta, jaki sens ma pożyczanie od jednego, żeby oddać komuś innemu, da tylko przykład, że jest nieobyty i pozbawiony zmysłu politycznego. Przede wszystkim - ta metoda daje czas. A czas - o czym każdy poseł wie - to diety.