Takie są wyliczenia specjalistów z branżowej organizacji World Travel and Tourism Council (WTTC). Mówią one wyraźnie, że Polska i Węgry skorzystają najbardziej na napływie gości. Rynek pracy obydwu krajów powinien się zwiększyć w opisywanym czasie aż o 2 mln miejsc. W sytuacji przemian w przemyśle i rolnictwie to niesamowita szansa. Skala tematu to 1,1 bln euro zarobione przez kraje Unii Europejskiej w 2003 roku (8% PKB). W całym świecie w obsłudze ruchu turystycznego pracuje 200 mln osób.

Nowi członkowie Unii - gdy zrozumieją niezbędność inwestycji w infrastrukturę turystyki i znajdą pieniądze - bardzo szybko się rozwiną. We wszystkich krajach przybędzie 3 mln miejsc pracy, obsługa gości będzie katalizatorem rozwoju gospodarczego. WTTC oblicza, że dziesiątka nowych członków może zarobić na tym interesie do 2010 roku około 46 mld euro, Polska i Węgry po 19 mld euro każdy. To byłoby prawdziwe odbicie. Nie wiadomo jednak, czy np. Polskę stać na taki skok. Trzeba bowiem wnieść do biznesu nie tylko piękne widoki, dzikie tereny, historię i zabytki. Potrzebna jest promocja i baza na najwyższym poziomie. Bez tego nie da się zachęcić bogatych ludzi Zachodu do odwiedzania naszych stron. Dawno zrozumiał to np. Cypr - wpływy z turystyki to ćwierć produktu narodowego brutto. Polska nie przebije go klimatem i morskimi atrakcjami, ale powinna walczyć na innych polach. Może podejmować transgraniczne przedsięwzięcia turystyczne dajmy na to z Czechami i Słowacją, aktywizując region. Przewaga nad Cyprem jest ogromna w jednej kategorii - bardzo niewielu Anglików było już w Polsce, bardzo niewielu nie było nigdy na Wyspie Afrodyty...

Jest jeszcze jedna strona sprawy. Specyficzną turystyką, medyczną, będą przyjazdy obywateli "starej" Unii Europejskiej do naszej części wspólnoty na... leczenie. Zwalczanie bezpłodności np. w Słowenii czy na Węgrzech kosztuje przeciętnie 2400 euro, w Wielkiej Brytanii od 2 do 4 tys. funtów. Ta różnica działa bardzo skutecznie, jak zachęta turystyczna.