W czwartek napłynęły na rynek nowe dane z amerykańskiej gospodarki. Oprócz cotygodniowego raportu z rynku pracy (wzrost nowych bezrobotnych do 345 tys.), opublikowany został także indeks kosztów zatrudnienia (ECI). Nie odbiegały one jednak od prognoz, przez co zostały niezauważone. Znacznie ciekawiej pod tym względem powinno być dzisiaj. Rynki dostaną całą serię danych.
Jeszcze przed południem zostaną opublikowane indeksy nastrojów oraz inflacja dla krajów Eurolandu. Następnie o 14.30 będzie wstępny odczyt o dynamice PKB w USA (za II kwartał - prognoza to +3,8%), a wszystko to zakończy publikacja indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan (96,3 pkt) oraz Chicago PMI (59 pkt). Zapowiada się więc ciekawa sesja za oceanem. Być może nawet dane te okażą się pretekstem do odbicia lub przebicia dolnych ograniczeń opisywanych niżej kanałów spadkowych?
Główne amerykańskie indeksy od ponad 5 miesięcy znajdują się w trendzie spadkowym. Trzeba podkreślić, że przyjął on dość delikatną formę, lekko pochylonego kanału. Jako, że po czterech tygodniach zniżek (średnio), występuje podobna fala wzrostu, więc być może nawet amerykańscy inwestorzy nie odczuwają, że indeksy z biegiem czasu są coraz niżej. To może doprowadzić do groźniej sytuacji, w której sprzedawanie akcji rozpocznie się dopiero z chwilą wybicia dołem z tej pseudostabilizacji. A to przecież prosta droga do paniki z kilkunastoprocentowych zniżkami w ciągu paru sesji.
Ryzyko takiego scenariusza rośnie z każdym dniem. Wobec coraz wyraźniejszej perspektywy wzrostu stóp procentowych, w sytuacji gdy amerykańska gospodarka dostała zadyszki (o Europie Zachodniej nawet nie wspominam), przy ciągle drożejącej ropie oraz umacniającym się dolarze, czy też wreszcie wobec rozdmuchanego deficytu budżetowego, klimat inwestycyjny staje się coraz gorszy. Jeżeli do tego dołożymy elementy techniczne, to jedynym rozsądnym wyjściem, wydaje się pożegnanie Wall Street na najbliższe 18-24 miesięcy. Bowiem poza odbiciami, wzrostu w tym czasie rynek raczej nie doświadczy.