Zupełnie nie wiem, dlaczego w ostatnim czasie rozgorzała dyskusja o zarobkach prezesów firm, w których większościowym właścicielem jest Skarb Państwa. Nagle (czyżby zadziałało jakieś menedżerskie lobby?) niektórzy żurnaliści z troską zaczęli pochylać się nad portfelami "państwowych prezesów" i biadolić o ich trudnej sytuacji. Podobno pracują niezwykle ciężko, a zarabiają kiepsko w porównaniu z "niepaństwowymi prezesami" czy szefami firm na Zachodzie. A wszystko to przez obowiązującą ustawę o wynagrodzeniach. Właśnie ta ustawa ogranicza płace szefów spółek zdominowanych właścicielsko przez państwo i pozwala im na podstawowe pobory miesięczne nie wyższe niż sześć średnich krajowych pensji. Biadolący nad ciężkim losem prezesów nie wspominają jednak o premiach, nagrodach i innych bonusach (chociażby oprocentowanych symbolicznie wielusettysięcznych pożyczkach z kas firm, którymi zarządzają). Na przykład w Szwecji szefowie firm państwowych nie mają prawa do żadnych bonusów!
Postpeerelowskie pomysły - a takim na pewno jest ustawa ograniczająca wynagrodzenia prezesów państwowych spółek - też mi się nie podobają. Warto więc ją uchylić, tym bardziej że tak naprawdę niczego nie rozwiązuje. Trudno mi jednak uronić chociażby jedną łzę nad finansową kondycją menedżerów. I dlatego nie bardzo mogę pojąć, skąd owo morze łez bierze się u innych. Porównywanie bowiem na przykład zarobków prezesów z Warszawy czy Białegostoku z wynagrodzeniami szefów firm z Brukseli czy Luksemburga jest nie tylko nie na miejscu, ale najnormalniej na świecie absurdalne. Niezdrowe podniecanie się dochodami prezesów zachodnich korporacji - w zbiciu z płacami naszych szefów - nie ma racjonalnego uzasadnienia. Trzeba bowiem postawić sobie kilka pytań. Choćby to, jak długo dochodzili zachodni menedżerowie do obecnego poziomu finansowego. Inne, ale równie ważne, jest pytanie o drogę do zdobycia stanowisk kierowniczych w zachodnich i naszych państwowych firmach. Co prawda ta nasza, rodzima ścieżka kariery z roku na rok normalnieje, ale bardzo, bardzo powoli. Polski światek jest dalej "zaukładziony", absurdalnie upartyjniony, a uwłaszczanie się na państwowym jest postrzegane jako menedżerska umiejętność, a nie jako uprawomocniona kradzież czegoś, co należy do wszystkich. I jeszcze jedno pytanie, na które musimy sobie odpowiedzieć, biadoląc nad "państwowymi prezesami" - jaki jest średni poziom wynagrodzeń całego społeczeństwa u nas i w krajach Europy Zachodniej? Jaka jest siła nabywcza przeciętnego Polaka, a jaka Brytyjczyka, Francuza czy Niemca.
Kiedy 1 maja dołączyliśmy do krajów członkowskich Unii Europejskiej, Polacy wiązali z tym faktem spore nadzieje. Przede wszystkim liczyli na poprawę swej sytuacji materialnej. Po wejściu do UE Polacy mieli nadzieję na wzrost zarobków aż o 59% (sondaż "Diagnoza społeczna 2003"). Tymczasem Europejskie Biuro Statystyczne z siedzibą w Brukseli - Eurostat - przygotowało opracowanie na temat płacy minimalnej w powiększonej Unii. Wynika z niego, że jej rozpiętość jest kolosalna - waha się od około 100 do 1369 euro miesięcznie.
Polska na tle państw UE nie wypada blado. Jesteśmy na 10. miejscu pod względem PKB (na 25 państw) i na 6. miejscu pod względem ludności. Nasz PKB to ok. 2,1% PKB Unii. Jest on wyższy niż PKB pozostałych dziewięciu państw, które razem z nami przystąpiły do UE. Tak samo jest pod względem liczby mieszkańców, chociaż nasza ludność stanowi ok. 8,3% ludności obecnej UE. To, co z punktu widzenia całej gospodarki (kryterium makroekonomicznego) wygląda optymistycznie, z punktu widzenia szarego obywatela nie jest już takie oczywiste.Z opracowania Eurostatu z 1 stycznia 2003 r. wynika, że miesięczna płaca minimalna w Polsce była wówczas o 80% niższa niż przeciętna płaca minimalna w krajach starej Piętnastki. Od tego czasu zrobiliśmy maleńki kroczek do przodu, ale był to kroczek bardzo maleńki. Proporcjonalne porównanie zarobków prezesów naprawdę wypada lepiej. Otrzyjcie więc łzy płaczący, bo odrobinę grzeszycie.