Decydujący cios naszemu rynkowi mogą zadać czołowe giełdy europejskie, a nie emerging markets, jak wydawało się do tej pory (pod pojęciem decydującego ciosu rozumiem wybicie z konsolidacji dołem). Potwierdzenie piątkowych sygnałów sprzedaży wygenerowanych na giełdach amerykańskich otrzymali wczoraj europejscy inwestorzy. Najniższe wartości w tym roku zanotowały najważniejsze indeksy w Niemczech, Szwajcarii i Francji. To trzy z sześciu największych rynków akcji na Starym Kontynencie. Na granicy wybicia z konsolidacji znajdują się indeksy: brytyjski (FT-30 już się rozpoczął trend spadkowy, FT-100 wciąż się broni), hiszpański i włoski.

Sytuacja techniczna wszystkich indeksów jest podobna - po wcześniejszych sygnałach sprzedaży, w postaci przebicia głównych linii trendu, i konsolidacji, teraz doszło do wybicia w dół. Właściwie trudno mieć wątpliwości, że to początek większego spadku. Chociaż podobne wrażenie można było odnieść na początku roku, kiedy indeksy opuściły dołem półtoramiesięczną konsolidację. Mimo znacznych strat udało się bardzo szybko wrócić w okolice szczytów hossy. To, że teraz trend boczny trwał dłużej, nie nadaje mu większej wiarygodności. Ale na razie to tylko spekulacje - najbardziej prawdopodobny w Europie jest scenariusz spadkowy.

Wykres DAX sugeruje, że europejskie giełdy mają przynajmniej 10-proc. potencjał spadkowy. Taka jest wysokość konsolidacji, z której wybija się indeks. Niebawem wartość DAX powinna wyrażać się liczbą bliską 3300 pkt. W tych okolicach znajduje się też 38-proc. zniesienie trendu wzrostowego, zapoczątkowanego w marcu zeszłego roku.

Na podobną skalę przeceny wskazuje wysokość formacji, z której dołem wybija się Nasdaq. Sytuacja S&P 500 jest w tym kontekście trochę lepsza - kanał spadkowy, którego dolne ramię wykres przełamał w piątek, wskazuje, że popyt może odzyskać siły gdzieś w okolicach 1000 punktów. To około 6% od piątkowego zamknięcia.