Najwyraźniej warszawska giełda "ugrzęzła" w wielkim marazmie, a wysokie ceny ropy naftowej na światowych rynkach skazały nas na niemal pewny trend horyzontalny. Czynników negatywnych jest tak dużo, że szkoda tracić czas i je wymieniać. Przy tak złym klimacie inwestycyjnym to chyba cud, że ceny akcji nie spadły w przepaść.

Wprawdzie wyznaczony przeze mnie cykl został zakłócony (miał być wzrost!), to i tak należy uznać giełdę w Warszawie za jedną z silniejszych na świecie. Generalnie inwestorzy doszli do wniosku, że rynki środkowoeuropejskie są bardziej perspektywiczne (i słusznie) niż rynki bardziej rozwinięte. Stąd hossa w Budapeszcie czy stabilne ceny akcji u nas.

Czy to przypadek, że nasza giełda jest silniejsza od giełd zachodnich? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie nie! To, co dzieje się w naszej gospodarce, daje nadzieje na profity w przyszłości. Wprawdzie dane o lipcowej produkcji były gorsze, niż oczekiwał rynek (wzrost o 6% w stosunku do oczekiwanych 11,6%), ale tak naprawdę w dłuższym terminie tak wysoka dynamika była nie do utrzymania. Ponieważ zagraniczny popyt na nasze towary jest ciągle duży, o eksport na razie możemy być spokojni. Tania siła robocza w Polsce już skłoniła niektóre zagraniczne przedsiębiorstwa do przeniesienia swoich biur do nas, więc wzrost bezrobocia powinien wyhamować.

Brak wiary we wzrost jest widoczny po dużej ujemnej bazie futures na WIG20. Indeks WIG20 dochodzi tylko do 1700 punktów. Kupujący nie mają ikry, by postawić kropkę nad "i" i pójść w ślady giełdy budapeszteńskiej. Odnoszę wręcz wrażenie, że czekamy na kapitał spekulacyjny, który przybędzie z Węgier. To oznacza tylko jedno: w przypadku napływu pieniędzy wzrost nie będzie długotrwały, ale daje szansę ataku na historyczne szczyty. Z całą pewnością mamy zdecydowanie większą szansę powrotu do hossy niż chociażby giełda niemiecka. To, czy ją wykorzystamy, zależy już od nas samych. Podobno wiara przenosi góry, więc może tym razem przeniesie WIG20 w okolice 1800 punktów.