Ostatnie sesje przekonują, że inwestorzy - szczególnie na amerykańskich parkietach - przestali bać się zwyżkujących cen ropy. To, że baryłka będzie na giełdzie w USA kosztować 50 dolarów zostało zdyskontowane już wcześniej. Teraz punkt ciężkości przeniesie się zapewne z obserwowania notowań ropy na to, jakie szkody w światowej gospodarce wyrządził ich ostatni skok w górę. Na pewno nie pomoże to przezwyciężyć trwającego od czerwca spowolnienia amerykańskiej gospodarki, nie przyczyni się również do zmniejszenia presji inflacyjnej na świecie. A to właśnie te czynniki legły u podstaw lipcowego pogorszenia nastrojów na giełdach.

Wykres indeksu S&P 500 zdołał w ostatnią środę przebić linię półtoramiesięcznej zniżki. To może zaowocować dotarciem do 1110 pkt, gdzie przebiega 200-sesyjna średnia krocząca. Najpierw jednak S&P 500 musi wyjść ponad 1095 pkt, by rozwiać wątpliwości, że korekta nie zatrzyma się na 38,2-proc. zniesieniu przeceny rozpoczętej 1 lipca. Szanse na to ograniczają wnioski płynące z wykresu Nasdaq - w tym przypadku nie ma sygnałów zakończenia średniookresowego trendu malejącego. Najbliższą barierę wyznacza dołek przy 1839 pkt. Przewagę podaży potwierdza spadek dziennego MACD do najniższego poziomu od jesieni 2002 r.

Poziom równowagi przeciął tygodniowy MACD dla DJ Stoxx 50. Rosnący histogram odzwierciedla zwiększającą się przewagę sprzedających. W dalszym ciągu aktualna pozostaje prognoza spadku indeksu do 2450 pkt, z obecnych niecałych 2600 pkt. Rozpoczęte w ostatni poniedziałek odbicie nie doprowadziło nawet do przekroczenia dołka z końca lipca, nie została przecięta też dwumiesięczna linia trendu. Krótkoterminowym wsparciem jest połowa poniedziałkowej białej świecy przy 2550 pkt. Zamknięcie poniżej tej bariery będzie zapowiadać dalszą zniżkę.

Duże problemy z odbiciem się od półtorarocznej linii trendu wzrostowego ma czeski PX. W tym tygodniu nieznacznie ją nawet przekroczył, co wskazuje jeśli nie na pogorszenie koniunktury, to na pozostanie indeksu w trendzie bocznym.