Analitycy co jakiś czas znajdują sobie dyżurny temat, którym tłumaczą każde zachowanie indeksów. Po części tak być musi, bo pewne ruchy indeksów są albo niewytłumaczalne, albo wymagają zastosowania "giełdowego myślenia". Ot choćby odwieczny dylemat, czy lepsze dane makro, czy niższe stopy procentowe. W ostatnich tygodniach dyżurnym tematem stała się ropa. Nie śmiem negować jej wpływu na światową gospodarkę, ale uzasadnianie tym każdej zmiany światowych indeksów staje się nużące.

Najciekawsze w tym wszystkim wydaje się to, że gdy porównamy historyczne notowania ropy i indeksu S&P 500, to stereotyp drogiej ropy i spadków indeksów przestaje być taki oczywisty. Weźmy dla przykładu początek lat 90., gdy w USA kwitła piękna recesja, a cena za baryłkę ropy skoczyła w ciągu trzech! miesięcy (dzięki Irakowi) z 17 do ponad 40 USD. Jak się później okazało, przestraszeni tym faktem inwestorzy wyznaczyli w październiku dołek na S&P 500, poprzedzający następne 10 lat hossy. Drugi raz baryłka ropy dotknęła 40 USD na początku 2003 r. przy okazji kolejnej wojny w Iraku. Miesiąc później, w marcu 2003 r. S&P 500 ruszył do silnych zwyżek.

Przykładów jest oczywiście więcej. Choćby lata 80., czy chyba jedyny korzystny dla niedźwiedzi przykład wzrostu cen ropy w 2000 r., co zbiegło się ze szczytem hossy. Choć oczywiście to nie droga ropa przekłuła internetową bańkę. Wnioski z tego są dość oczywiste - ceny ropy mocniej wpływają na nastroje inwestorów w krótkim terminie, niż wyznaczają długoterminowe trendy na giełdzie. Oczywiście gdyby obecny ruch na ropie sięgnął np. 60 USD to sam pewnie będę tym straszyć, ale wydaje się to wręcz nierealne, gdy weźmie się pod uwagę, że ostatni kwartał roku (po wakacjach) historycznie przynosił największe spadki cen tego surowca.