Reklama

Wciąż "emerging market"

Publikacja: 27.08.2004 08:11

Teoretycznie nie jesteśmy już krajem zaliczanym do grupy "emerging markets". Jesteśmy w Unii Europejskiej, powinno się więc nas bardziej kojarzyć z Niemcami czy Francją, niż z RPA. Czy jednak tak jest rzeczywiście?

Pamiętam czasy, nie tak w końcu odległe, kiedy poranną "prasówkę" zaczynało się od informacji z RPA. Tak swoją drogą słowo "prasówka" ma już czysto hasłowe znacznie, rano przegląda się bowiem głównie to, co "przyszło" mailem albo to, co dostępne jest w "sieci". Ale oczywiście prasę też czytamy, mimo że i tak większość gazet ma swoje odpowiedniki internetowe. Ot, siła przyzwyczajenia...

Zaczynaliśmy więc od wydarzeń z RPA. Jeśli były dobre, wiadomo było, że złoty może się umocnić, a i obligacje powędrują na wyższe poziomy, jeśli złe, należało część przynajmniej pozycji zamknąć.

Szczególnie dużo zamieszania wprowadziło opóźnienie sprzedaży południowoafrykańskiego odpowiednika TP. Rand poleciał na łeb, na szyję, a klienci, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, wysłuchiwali naszych monologów o jakimś egzotycznym państwie i jego wpływie na stan ich rachunków. Skąd to powiązanie? Dlaczego wydarzenia z drugiego końca świata tak bardzo wpływały na złotego? Węgry, Czechy, no niech będzie nawet znacznie mniejsza od nas Słowacja, ale RPA?! A jednak. Wszystko przez międzynarodowych spekulantów.

Inwestycje prowadzone przez tzw. międzynarodowy kapitał spekulacyjny są ściśle pogrupowane. Decydującym kryterium jest kwestia ryzyka. Nie bez znaczenia są tu oceny agencji ratingowych, ale podstawę stanowią wewnętrzne raporty. Działy analityczne największych banków inwestycyjnych to dziesiątki osób specjalizujących się albo w konkretnych regionach, albo w konkretnych instrumentach, albo w jednym i w drugim. Jeśli okaże się, że jakieś dwa kraje otrzymują podobne oceny, trafiają do jednego worka. Dla człowieka decydującego o inwestycjach, nie ma już potem specjalnego znaczenia, gdzie te kraje się znajdują. Czy sąsiadują ze sobą (jak Polska i Czechy), czy leżą na dwóch krańcach świata (jak Polska i RPA). Oczywiście, wzajemne sąsiedztwo też może mieć znaczenie. Jeśli bowiem kraje są silnie powiązane gospodarczo, kłopoty w jednym z nich będą miały wpływ i na drugi. Jeszcze gorzej z kłopotami politycznymi. Ale może być oczywiście i tak, że silnie powiązane gospodarczo kraje są od siebie geograficznie bardzo oddalone.

Reklama
Reklama

Jeśli więc dochodzi do spadków w jednym miejscu, w drugim dzieje się to samo. Po prostu, ogranicza się zaangażowanie we wszystkich krajach należących do danej grupy ryzyka. Poza tym, jeśli inwestor ma wypracowany zysk, który właśnie przepada mu w jednym kraju, zaczyna realizować go w drugim, aby w sumie średnio odnotować jak najlepszy wynik.

Czemu właśnie teraz o tym piszę? Ostatnie wydarzenia na Węgrzech (dymisja premiera i przede wszystkim zagrożenie dymisją reformatorskiego ministra finansów) przyczyniły się do spadku wartości złotego. To jest dość logiczne i właściwie nikogo nie dziwi, warto jednak podkreślić, że efekt był stosunkowo słaby. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak bardzo osłabił się forint. Znacznie ciekawsze było jednak dla mnie to, że dwa tygodnie temu złoty stracił na wartości dlatego, że w RPA doszło do nieoczekiwanej obniżki stóp procentowych. Wniosek z tego taki, że dla niektórych inwestorów wciąż jesteśmy bardziej "emerging market", niż częścią Unii Europejskiej. W sumie, mówiąc mniej serio, trudno się dziwić, wystarczy popatrzeć choćby na sytuację w naszej polityce...

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama