Był to już kolejny poniedziałek z rzędu, kiedy protestujący wylegli na ulice wschodnioniemieckich miast. W zeszłym tygodniu liczbę protestujących tylko w samym Lipsku oceniono na ponad 70 tys. Takiej fali demonstracji Niemcy jeszcze nie przeżyły w swojej najnowszej historii, odkąd w 1989 r. upadł mur berliński.
Protesty koncentrują się we wschodnich landach, w które najbardziej uderzy forsowany przez Schroedera pakiet reform określanych jako Hartz IV (od nazwiska jej autora Petera Hartza, szefa ds. zatrudnienia w Volkswagenie). Proponowane zmiany zakładają m.in. zmniejszenie zasiłków dla osób długotrwale bezrobotnych i zobowiązanie ich do podejmowania najniżej opłacanej pracy. Mają one wejść w życie w przyszłym roku. Inne elementy największej tego typu reformy w Niemczech od czasów II wojny światowej, jak np. ułatwienia dla przedsiębiorców w zwalnianiu pracowników, już zostały wprowadzone.
Na terenie byłej NRD bezrobocie przekracza już 18%, podczas gdy w Niemczech Zachodnich wynosi 8,4%. Stąd wyraźne różnice w poparciu dla reform. W zachodnich landach akceptuje je ok. połowy mieszkańców, podczas gdy na wschodzie niewiele ponad jedna trzecia.
Jednym z celów reform jest wprowadzenie gospodarki Niemiec na ścieżkę szybkiego wzrostu. Ale równie istotne jest uratowanie systemu socjalnego, któremu - w obliczu wciąż wysokiego bezrobocia i starzejącej się populacji - grozi załamanie. Dlatego Schroeder na pytania, czy nie dojdzie do rozwodnienia reform, żeby poprawić notowania rządzącej partii SPD, odpowiada, że będzie twardo trwać przy swoim i wyjaśniać wyborcom zasadność prowadzonej polityki. - Niepopularne decyzje trzeba podjąć, jeśli są one konieczne dla państwa - stwierdził parę dni temu kanclerz Niemiec w wywiadzie dla telewizji RTL.