W uproszczeniu mechanizm wyglądał następująco: klient składał zlecenie zakupu jednostek, które z jakiegoś powodu nie było realizowane w terminie. TFI, aby wybrnąć z sytuacji, sprzedawało jednostki po kilku dniach, ale po historycznej cenie, czyli tak, jakby opóźnienia w ogóle nie było. Klient był zadowolony, bo nie odczuwał, że coś jest nie w porządku. TFI nie ponosiło natomiast żadnych konsekwencji za popełniony błąd. Tracili jednak pozostali uczestnicy funduszu.
Taka praktyka nie spodobała się Komisji. "Stanowi ona groźny precedens" - napisała KPWiG w komunikacie. "Podobne praktyki będą surowo karane w przyszłości" - ostrzegła. Według Komisji, towarzystwo powinno ponieść odpowiedzialność za szkody poniesione przez uczestników funduszu. W ocenie KPWiG, wszystkie transakcje zakupu jednostek powinny być realizowane po cenie bieżącej, nawet jeżeli dojdzie do opóźnienia w przekazywaniu zleceń.
Zastanawiające jest jednak to, że problemy z realizacją zleceń dotyczyły tylko trzech funduszy: akcji, zrównoważonego i stabilnego wzrostu. Stanowią one połowę łącznych aktywów funduszy otwartych, jakimi zarządza BZ WBK AIB. Takie podmioty charakteryzują się dużo większymi wahaniami wartości jednostek od funduszy bezpiecznych. A to oznacza, że inwestor, któremu "przytrafi" się opóźnienie, może osiągnąć dodatkowe zyski (kupuje jednostki po historycznej cenie, gdy zna już zamknięcie giełdy, a nawet samą wartość jednostki).
Ciekawe jest również to, że nieterminowa realizacja zleceń dotyczyła tylko "pewnej" grupy inwestorów. Nie wiadomo też dokładnie, kto jest odpowiedzialny za opóźnienie.
Przypomnijmy, że w tym roku amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) zasądziła rekordowe kary dla funduszy. Firmy zarządzające umożliwiały swoim klientom realizację zleceń po cenie z poprzedniego dnia, gdy było już znane zamknięcie giełdy. Z tego przywileju mogli korzystać tylko najbogatsi klienci. Pozostali ponosili straty.