Reklama

Haracz na jałmużnę

Fakt, że z łupienia kilkunastu milionów pracujących osób trzeba utrzymać resztę narodu, budujący nie jest

Publikacja: 07.09.2004 08:40

Zewsząd słyszę, że oto bijemy rekordy. Niestety, osiągnięcia owe dostrzegalne są w mocno pozaolimpijskich dyscyplinach. Bo oto harujemy jak woły (koreańskie), co widać w globalnym rankingu przepracowanych godzin. Wydajność wzrasta, ale w tym względzie daleko nam jeszcze do strefy medalowej. Tymczasem, okazuje się że, jak zwrócili niedawno uwagę przedsiębiorcy, staliśmy się potęgą w dziedzinie świadczeń społecznych wszelkiego rodzaju. Co w kraju z bogactwem zupełnie niekojarzonym może, delikatnie mówiąc, dziwić. Jak to się obrazowo przedstawia, jeden pracujący ma na utrzymaniu parę innych osób. Fakt, że z łupienia kilkunastu milionów pracujących osób trzeba utrzymać resztę narodu, budujący nie jest. Ale może być budujący, z punktu widzenia interesów rynku finansowego i kapitałowego. Bo przecież mamy w ręku jeszcze jeden argument za tym, by harować jeszcze bardziej i oszczędzać, inwestować... Bo bez samodzielnej dbałości o swój los, czeka nas tylko dalsza harówka. I czekanie na jałmużnę wypłacaną (albo nie) z haraczu pobranego od młodszych od nas - o ile dorosną do tego, by ich już złupić, i czy w ogóle złupić się dadzą.

Pośmiać się można, ale można też na tym wszystkim zarobić. Teoretycznie wszystko bowiem przemawia przecież za pilną, dalszą kuracją chorego systemu, w tym za upowszechnianiem kapitałowego, indywidualnego zabezpieczania własnego bytu. By nie czekać, że świadczenie w przyszłości wypłaci państwo (czytaj: ci, którzy będą wówczas pracować i płacić horrendalne podatki, w tym te elegancko, acz bałamutnie, zwane składkami). Głód sukcesu materialnego jest i będzie zapewne tym większy, im bardziej otwarty staje się dla nas świat i im bardziej dostrzegamy, jak daleko jesteśmy w tyle za państwami budowanymi przez takich samych ludzi. Fakt, że z emeryturami jest źle, powinien zmuszać wręcz do szukania sposobów samodzielnego inwestowania i oszczędzania. I tym samym stać się okazją do pozyskania nowych klientów przez instytucje. Jeśli potwierdziłyby się szacunki prezentowane ostatnio, to z samego tylko programu Indywidualnych Kont Emerytalnych może skorzystać 3-4 miliony osób. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia "okoliczności przyrody" powinny być wodą na młyn naszego rynku kapitałowego. A że nie musi tak być, to inna bajka, o czym pisałem poprzednio.

Od lat gardłuję za upowszechnianiem oszczędzania i inwestowania długoterminowego. Nie czynię tego wyłącznie z pobudek patriotycznych (typu: żeby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej...), ale także dlatego, że chcę mieć święty spokój na emeryturze i nie żyć na starość w dziadowskim kraju. Chcę, by święty spokój ze mną i innymi dinozaurami miały także moje dzieci i wnuki. Tymczasem, po iluś tam tysiącach okazji, dochodzę czasem do wniosku, że walczę z wiatrakami. Bo odnoszę wrażenie, że niektórzy na serio są święcie przekonani, ze "jakoś to będzie" i zupełnie serio mówią, że emeryturę mają w nosie. Generalnie, ich prawo, ale de facto to, że oni mają to w nosie, teraz oznacza, że inni będą mieli ich problemy w swoim portfelu w przyszłości. Nie wiem, jak Państwa, ale mnie irytuje bezczelne przekonanie, że w przyszłości i tak ktoś za nich zapłaci, że ktoś im wypłaci...

Co ciekawe, niechęć do indywidualnego zabezpieczania własnej emerytury (nie mylić ze starością, która jest raczej stanem umysłu) obserwuję nie tylko u osób, których na to po prostu nie stać (bo brakuje im na wszystko), ale także u tych, którzy mogą sobie pozwolić na odkładanie nawet całkiem sensownych kwot. Co gorsza, zdarza mi się spotykać z podejściem takim oto, że planowanie "tutaj" (czytaj: w Polsce) na długie lata nie ma sensu, bo jeszcze nic nigdy się naprawdę nie udało, a więc i rzeczywistość, w której się obecnie znajdujemy, też się prędzej czy później zawali. Jako przykład podawane są zwykle słynne pseudoinwestycyjne patenty z PRL-u rodem, jak ówczesne książeczki mieszkaniowe czy polisy posagowe. To faktycznie duże obciążenie psychiczne, ale z takiego autoutrapienia nic dobrego nie wynika. Zresztą, w takim samobiczowaniu można by pójść jeszcze dalej i dorzucić choćby doświadczenia niezrealizowanych planów i niespełnionych marzeń II Rzeczypospolitej, wojenną i powojenną zawieruchę i wszelkie inne plagi egipskie. Można by, tylko po co? Nie robiąc nic, gwarantujemy sobie pozycję godną kościelnego dziada.

Do diabła z przeszłością. Odarci ze złudzeń, to nie znaczy po zbawieni marzeń. Ja w każdym razie pozostanę przy swoim, może i dziwacznym, pozytywizmie. I trzymam kciuki za IKE. Ale nie tylko - trzymam kciuki za wszystkich, którzy legalnie robią coś, by wyrwać się z przaśnego kręgu międzypokoleniowej harówy, haraczu i jałmużny. Bo nie chciałbym, żeby także moje dzieci i wnuki musiały płacić na mnie, gdy będę starym dziadem. Chciałbym natomiast, żeby mój syn mógł traktować samodzielną dbałość o własny finansowy los jako coś oczywistego. Z pożytkiem dla siebie i dla innych, oczywiście.

Reklama
Reklama

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst jest wyrazem osobistej wiedzy i poglądów

i nie może być inaczej interpretowany.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama