Pierwszą poważną oznaką, że ponaddwumiesięczna formacja flagi może się załamać, był powrót ceny kontraktu terminowego na WIG20 powyżej średniej kroczącej z 15 sesji. Potem nastąpiło przełamanie średniej z 45 sesji i wreszcie wyjście górą z kanału wzrostowego, z którego wcześniej nastąpiło wybicie dołem.
Pierwszy sygnał dosyć wiarygodnie wskazywał na możliwość odwrócenia trendu. Wyjściu z kanału towarzyszyło utworzenie dużej czarnej świecy i teoretycznie nic nie wskazywało na możliwość jakiegokolwiek krótkoterminowego wzrostu. W tej chwili znajdujemy się prawie 200 pkt wyżej i w krótkim czasie, zamiast określać potencjalne wsparcia, trzeba szukać ewentualnych oporów.
W tej sytuacji nie ma większego znaczenia, że zwyżka odbywa się przy dosyć niskim obrocie. Można odnieść wrażenie, że rynek już się do tego przyzwyczaił - ważne, że niewielkim nakładem środków ceny są nadal podnoszone. To, że według analizy technicznej, jest to czynnik niepotwierdzający zwyżki, to już zupełnie inna sprawa.
W tej chwili wszyscy, włącznie ze mną, są znacznie mądrzejsi, ale nie da się ukryć faktu, że MACD nie potwierdzał wyłamania dołem z kanału, a Ultimate od maja tworzył pozytywną dywergencję. W środę cena kontraktu zatrzymała się na wysokości 62-proc. zniesienia spadku z kwietnia i maja, czyli tylko 20 pkt poniżej poziomu 1800 pkt. Stąd już zaledwie 5% do rocznego maksimum i kto wie, czy to nie tam dojdziemy pod koniec tego miesiąca. Kolejny raz okazało się słuszne przewidywanie wzrostu na naszym parkiecie na podstawie wcześniejszych zwyżek na giełdach zachodnich i w Budapeszcie. Pytanie tylko, czy i następnym razem zafundujemy sobie tak duże opóźnienie.