Najważniejsze światowe indeksy zmierzają do tego samego punktu - spadkowej linii trendu, wyznaczającej tempo tegorocznej korekty. Jeśli ta teza jest prawdziwa, to największy potencjał wzrostowy ma Nasdaq Composite, który w trakcie letniej wyprzedaży najbardziej się "posypał". Do wspomnianego oporu indeksowi wciąż brakuje mniej więcej 5%. W okolicach 2000 punktów przebiega nie tylko spadkowa linia trendu, ale także 62-proc. zniesienie zapoczątkowanej jeszcze w styczniu tendencji spadkowej. Na razie niepowodzeniem kończą się próby przebicia oporu na wykresie Średniej Przemysłowej Dow Jones, ale kupujący nie poddają się. Obsunięcie od maksimum (10 342,8 pkt) w tej fali wzrostowej jest na razie minimalne.
Jak pokazuje przykład londyńskiego FT-SE 100, osiągnięcie głównej tegorocznej linii trendu to tylko plan minimum. Indeks wybił się ponad szczyt z końca kwietnia i na zamknięcie sesji piątkowej miał najwyższą wartość od 1 lipca 2002 roku. Zwyżka (na wykresie tygodniowym) nie została jednoznacznie potwierdzona przez wolumen, który był wprawdzie wyższy niż tydzień wcześniej, ale wzrósł tylko nieznacznie. Aktywność inwestorów była niższa niż na przykład w pierwszym tygodniu września.
Sytuacja na giełdzie w Londynie jest trochę podobna do tego, co dzieje się w Warszawie. Po pierwsze, spółką, która ma największy wpływ na wartość FT-SE 100, jest petrochemiczny koncern BP. Notowania firmy osiągnęły w piątek - w poniedziałek jeszcze poprawiły rekord - najwyższy poziom od 52 tygodni. BP notowany jest ze wskaźnikiem C/Z 15,9, który na koniec roku ma wzrosnąć do 16,7. Dla PKN, który do piątku pchał w górę WIG20, C/Z wynosi 9. Po drugie, w Londynie również jest dość wyraźna różnica między indeksem największych firm i nieco szerszego rynku. FT-SE 30 znajduje się jeszcze około 8% poniżej 52-tygodniowego maksimum i kilkadziesiąt punktów poniżej głównej spadkowej linii trendu. Zatem powstaje pytanie, ile wart jest piątkowy rekord londyńskiego indeksu?