Rynek pierwotny tętni życiem. Coraz więcej spółek poznaje stare giełdowe prawdy. W tym te zwłaszcza, które dotyczą emitentów. Pewnie dlatego większość prezesów "nowych" firm mówi zgodnym chórem o budowaniu wiarygodności, pozyskiwaniu zaufania, partnerskich relacjach z uczestnikami obrotu. Wiedzą bowiem, jak giełdowa rzeczywistość powinna wyglądać. A jak wygląda?
Zasiedziałe na parkiecie przedsiębiorstwa patrzą często na nowicjuszy z pobłażaniem. Pół biedy, jeśli to pobłażanie wynika z uzasadnionego poczucia wyższości: my to znamy od dawna, my to rozumiemy doskonale, my to po prostu potrafimy robić. I robimy, oczywiście. Gorzej, kiedy pobłażliwość trąci cynizmem: co wy możecie o tym wiedzieć, co to za bzdury, tu trzeba więcej sprytu. Bo z rynkiem jest jak z piękną kobietą: cała rzecz w tym, by ją uwieść i umiejętnie porzucić. Wszak pięknych kobiet nie brakuje... Przy czym bywa i tak, że ten cynizm wyparowuje błyskawicznie (co, swoją drogą, jest cyniczne szczególnie), kiedy trzeba sięgnąć do kieszeni inwestorów po pieniądze.
Dla wielu "starych" firm określenie "dobra polityka informacyjna" brzmi więc, niestety, jak pusty frazes. Dla wielu "nowych" może tak brzmieć, jeśli z bardziej doświadczonych wezmą przykład. A czasem jest to przykład zły, po prostu. Ot, weźmy na ząbek Ster-Projekt. Trzeba było sobie zadać trochę trudu, by dogrzebać się do informacji o inwestycji w akcje Prokom Investments. Spółka o niej inwestorom nie powiedziała w osobnym komunikacie. Nie musiała - fakt, ale mogła, prawda? Zasypaliśmy prezesa pytaniami: o stopę zwrotu, o cele lokaty, o warunki itd., itp. Nie odpowiedział - choć mógł, oczywiście. Wreszcie spółka zabrała głos: na wszelki wypadek przed rozpoczęciem poniedziałkowych notowań. Zapewniła, że to bezpieczna inwestycja, o wyższej niż gwarantowana przez inne instrumenty stopie zwrotu. I że ma opcję odsprzedaży akcji. Czyli w ogóle jest super. Szczegóły? Nie są znane. Spółka ich nie podała, choć mogła, naturalnie.
Dlaczego więc ktoś miałby wierzyć, że to lokata rentowna i bezpieczna? Na słowo? Cóż, inwestor może uwierzyć, ale nie musi, prawda? Przecież wie mniej więcej tyle samo, co na początku. A mógłby więcej...
Dla odmiany weźmy pod lupę firmę z giełdowej II ligi, na przykład Garbarnię Brzeg. W ostatnich miesiącach z jej kursem działy się ciekawe rzeczy, a zaniepokojeni inwestorzy dzwonili i pisali do nas pytając, w czym rzecz. Kto mógłby wiedzieć to lepiej niż zarząd albo osoby blisko z przedsiębiorstwem związane. Jednak konia z rzędem temu, kto wówczas uzyskałby od nich jakąkolwiek informację. Wiadomo: spółka jest wydmuszką, zmienia profil działalności, przebąkiwała coś o emisji, no i jest ze stajni Romana Karkosika. To dość, by pytań nie brakowało. Od miesięcy odpowiedzi, jeśli w ogóle się pojawiają, są raczej - by użyć delikatnego eufemizmu - mało konkretne. Chyba inaczej wyglądała polityka informacyjna Boryszewa (też ze stajni pana Karkosika), kiedy organizował emisję akcji. Widać, co kraj (czyli spółka), to obyczaj. Choć wydawałoby się, że na giełdzie obyczaje powinny być jednakowe. Przyzwoite, rzecz jasna.