Słabiutka sesja bez dwóch zdań. Z dwóch powodów. Pierwszy to zachowanie światowych parkietów z bliskimi nam Węgrami i Czechami na czele. Rynki naszego regionu wspinały się na nowe szczyty, a na GPW w tym czasie trwało osuwanie. Liderem spadków był oczywiście Prokom, z impetem przebijający linię szyi rocznej głowy z ramionami i notowany najniżej od lipca 2003 r. Ale to nie jest spółka, która sama potrafi ustawić całą sesję, nawet przy takiej przecenie. Reszta rynku też była bardzo słaba i popyt nie próbował żadnego poważniejszego odreagowania.

Drugi powód słabej oceny sesji to zachowanie rynku przy wtorkowych szczytach. Fatalnie technicznie wygląda zwrot niemal dokładnie na ich poziomie. Jeśli na kolejnych sesjach zejdziemy pod środowe dołki, to po podwójnym szczycie zagrożona będzie luka hossy. Sporo techników takiego sygnału się wystraszy. Nie ma jednak na razie co dramatyzować. Nasz rynek nie może być cały czas najsilniejszy na świecie i sam pisałem, że nierozsądne byłoby ze strony funduszy atakowanie kwietniowych szczytów jeszcze przed piątkowym raportem z rynku pracy. Choć korelacja z Ameryką jest ostatnio niewielka, to jednak ewentualne silne rozczarowanie dzisiejszą publikacją może odwrócić pozytywny nastrój do akcji.

Jeśli o odwracaniu czegokolwiek mowa, to warto zerknąć na sezonowość na rynku ropy. Ceny ropy biją kolejne rekordy i jest to nic innego jak kontynuacja odwzorowania sezonowości, jaką na rynku ropy można było zaobserwować w ostatnich 20 latach. Schemat ten wiernie kopiujemy od stycznia. Najciekawsze są jednak kolejne miesiące. Historia bowiem wskazuje, że w drugim tygodniu października cena ropy osiąga swój szczyt, a w kolejnych dwóch miesiącach następuje załamanie.