Był czas, niedawny zresztą, kiedy do Polski zbliżył się uczuciowo Jean Reno. Ten prawdziwy macho - żywa wizytówka kina francuskiego (nie tylko dlatego, że urodził się w Casablance), którego z impetem wcisnął na ekrany Luc Besson ("Leon zawodowiec", "Wielki błękit"), zgodził się bowiem na reklamę jednego z produkowanych u nas piw. Oczywiście, z korzyścią nie tylko dla piwa, ale także dla własnego portfela. Warto jednak dostrzec jeszcze jeden plus - poprzez ów reklamowy związek zyskaliśmy niezłego sprzymierzeńca (tak w każdym razie wynika z jego wypowiedzi).
Te przyjazne francuskie kontakty moglibyśmy rozszerzać. Na przykład, lobbując (z wykorzystaniem, rzecz jasna, europejskiej waluty) za dopuszczeniem na polskie ulice czy do naszych mediów Gerarda Depardieu (kojarzonego u nas chyba nie tylko z "Dantonem" Wajdy) trzymającego lampkę gronowego wina. Byłoby to o tyle łatwe, że Depardieu nie tylko robi za komedianta, ale produkuje także wina we własnych winnicach. A zatem idea mogłaby być realna do urzeczywistnienia. A i dar przekonywania znanego Francuza być może choć w niewielkim stopniu przekierunkowałby panujące u nas trunkowe zwyczaje. Tym bardziej że po prywatyzacjach wódczanych fabryk, coraz trudniej mówić, że upijając się wódką wspieramy narodowy przemysł i wódczany kac powinien się wiązać z "patriotycznym przymierzem".
Depardieu zachęcający Polaków do gronowych win jest jednak tylko sennym marzeniem (przynajmniej teraz). W ostatnich dniach okazało się bowiem, że posłowie z Wiejskiej (w tym, na przykład, Antoni Stryjewski reprezentujący Ruch Katolicko-Narodowy) są przeciw reklamowaniu win gronowych. Dlaczego? Wtajemniczeni twierdzą, że zgoda na propagowanie picia takich win dyskryminowałaby rodzimych producentów win owocowych. No cóż, przypuszczam, że z reklamą czy bez nasze "Odlotowe" (z lecącym boćkiem na etykiecie) lub "Mocarne" (z "kwadratowym" facetem zdobiącym butelkę) i tak trafia tylko na wybrane stoły. Zapewne elektoratu posła Stryjewskiego, skoro ten tak zaangażował się w sprawę. Czyżby rzeczywiście katolicko-narodowemu reprezentantowi wydawało się, że blokując informację o winach gronowych, zwiększy poparcie dla swojej kandydatury w zbliżających się wyborach parlamentarnych?
Wiem, wiara potrafi dużo. Osobiście wierzę jednak w moich rodaków, a co za tym idzie w to, że nie odlecą mocarnie w ramiona wymienionego powyżej posła, jego politycznych kompanów i owocowych win.
Poselska akcja skierowana przeciwko winom gronowym ma, a raczej może mieć, także antyunijny wymiar. No bo po pierwsze, w UE nie chcą pić naszych win owocowych. A po drugie, bez opamiętania forują tam owe szkodliwe dla polskości wina gronowe. W tym celu - w ramach Wspólnej Polityki Agrarnej - kilka lat temu powołano nawet Wspólnorynkową Organizację Winiarską (Common Market Organisation for Wine, CMOW). Co prawda, tzw. kraje nowego świata (np. RPA, USA) walczą z europejskimi winnicami, ale tylko po to, by za mniejsze pieniądze wprowadzać między innymi na polski rynek "gronową truciznę". Co robić? Sprawa rzeczywiście jest trudna (nie wiem, czy wiedzą o tym winno-owocowi sprzymierzeńcy). Tym bardziej że w tym roku CMOW nawiązała współpracę z Europejską Agencją Przestrzeni Kosmicznej (Bacchus Project) i m.in. za nasze - polskich podatników pieniądze - z wysoka i dokładnie chce kontrolować zachodnioeuropejskie winnice (w Europie znajduje się 45% winnic świata). Polskie owocowe jest w niebezpieczeństwie!